
To zdjęcie zostało automatycznie zmniejszone. Kliknij na obraz aby zobaczyć w pełnej rozdzielczości (1800x1060).
Rozdział 18. A Great Day for Freedom
|
| Opis: |
21.02.2025. 2ТЭ116-709 z porannym towarowym z Rēzekne do Rygi
---------------
Pierwszy rozdział: https://wrphoto.eu/details.php?image_id=60242
Poprzedni rozdział: https://wrphoto.eu/details.php?image_id=61697
Wszystkie imiona i wydarzenia w utworze są fikcyjne - wszelkie podobieństwa do rzeczywistych osób i zdarzeń są przypadkowe.
---------------
**Rozdział 18. A Great Day for Freedom**
W ostatnich dniach pisałem niezbyt wiele, a i ogólnie po przeprowadzce do 217 moja aktywność pisarska wyraźnie zmalała. Od wydarzeń opisanych poniżej minęło już sporo czasu. Mimo to pamiętam tamten dzień tak, jakby wydarzył się wczoraj.
Zaczął się jak zwykle: pobudka, pierwszy apel bez dzwonka i godziny rozmów o niczym i o wszystkim naraz. Mniej więcej godzinę przed obiadem drzwi się otworzyły, a w progu pojawiła się znajoma lewitanka z jakąś listą. Przesunęła po niej palcem, podniosła głowę, rozejrzała się i zapytała:
– Pawliuk jest?
Powoli wstałem, trochę rozczarowany przerwaną rozmową. Najwyraźniej znowu trzeba było gdzieś iść.
Dotarliśmy do dyżurki. Lewitanka otworzyła drzwi pierwszego gabinetu, a ja wszedłem. W środku były już trzy osoby. Pierwszy był niski, w marynareczce, z tak okrągłą twarzą, że mimowolnie chciało się podejrzewać go o głupotę. Drugi - wysoki, postawny, przypominający nieco mojego starego znajomego Czajnika. Sądząc po okularach, pracownik ideologiczny. I wreszcie mój śledczy, który w przeciwieństwie do tamtej dwójki siedział. Nie zobaczyłem w gabinecie swojego adwokata, więc od razu zapytałem:
– Gdzie jest adwokat?
– Nie jest nam potrzebny – powiedział śledczy. – Siadaj.
Usiadłem.
– Mam dla ciebie dobrą wiadomość. Dzisiaj cię wypuszczam.
Ze zmęczeniem skinąłem głową. Nie miałem żadnych myśli.
Zrobił pauzę, po czym wziął beżową kopertę z czerwoną naklejką „102” i przesunął ją na moją połowę stołu.
– Paszport. – Wskazał na kopertę.
Wziąłem ją bez słowa.
– Będą jakieś ograniczenia? Mogę wyjeżdżać? Może muszę się gdzieś meldować? A jakaś adnotacja, że jestem objęty śledztwem? – zapytałem.
– Wal, gdzie chcesz, choćby do tej swojej Rosji! – powiedział głośno okularnik.
Puściłem to mimo uszu. Nie miałem już siły na idiotyzmy.
– Żadnych – powiedział śledczy. – Mam twój adres e-mail, w razie czego napiszę. Sprzęt na razie zostanie u nas.
– Nie zamykacie sprawy?
– Na razie nie. Sprzęt niedługo oddam, jeśli niczego tam nie będzie.
– Rozumiem.
– Masz, podpisz. – Podał mi kartkę.
Po zapoznaniu się z treścią podpisałem. Był to dokument zwolnienia.
– Co będziesz robił?
– Nie wiem – odpowiedziałem szczerze.
– Mam nadzieję, że więcej się nie zobaczymy – powiedział śledczy z lekkim uśmiechem. – Więcej nie fotografuj pociągów.
– Dobrze. – Wziąłem kopertę, dokument i wyszedłem z gabinetu.
– Czterdzieści minut wystarczy ci na spakowanie rzeczy? – zapytała lewitanka.
– Lepiej po obiedzie.
Wszedłem do celi. Siergiej i Kārlis od razu się na mnie zapatrzyli. Wszystko zrozumieli. Kārlis bez słowa podał Siergiejowi pół paczki tytoniu. Przegrał zakład.
Usiadłem na ławce i rozerwałem kopertę. Trzymałem w rękach paszport. Bardziej surrealistycznego widoku jeszcze nie widziałem.
Spojrzałem na Siergieja i Kārlisa. Byli po drugiej stronie.
– To co, może zaparzymy czifir? – zapytał Siergiej.
– Nie trzeba – odpowiedziałem obojętnie. Wcześniej czifiru nie pił.
– Masz jakąś torbę? Spakowałbym rzeczy.
Pogrzebał trochę pod pryczą i wyciągnął dużą torbę. Przy okazji wyjął różaniec z chleba.
– Trzymaj, będziesz miał pamiątkę.
Mechanicznie zacząłem wkładać rzeczy do torby. Nigdy bym nie pomyślał, że w takim miejscu można dorobić się tylu dóbr. Większość oddałem do wspólnego użytku w celi. Szczęśliwe kapcie przypadły Siergiejowi. Po rozdaniu rzeczy cela trochę się zmieniła. Ze szpilek natychmiast zrobiono haczyki na ręczniki, a niektóre rzeczy od razu przemieniły się w zasłonki przy pryczach.
– No proszę, wystarczyło, że cię zwolnili, a od razu wszystko się pojawiło! – zauważył radośnie Siergiej.
– No właśnie...
Dostałem w prezencie puszkę mleka skondensowanego i pół paczki świetnych wafelków.
– Taa, wiesz, jak to jest... – zaczął Siergiej. – Jak w dowcipie! Trafili Amerykanin, Rosjanin i Niemiec na bezludną wyspę. Idą sobie plażą i widzą magiczną lampę. Pocierają ją, a tam dżinn. Dżinn mówi: „Każdy ma trzy życzenia!”. Amerykanin mówi: „Chcę willę, miliard dolarów i znaleźć się tam natychmiast!”. Pyk - i zniknął. Niemiec mówi: „Chcę miliard euro, fabrykę kiełbas i znaleźć się tam natychmiast”. No i on zniknął. Siedzi Rosjanin, myśli. W końcu mówi: „Skrzynkę wódki i tamtych dwóch z powrotem!”.
Kārlis się roześmiał, a ja siedziałem zamyślony. Czułem jakąś pustkę. I coś jeszcze. Chyba strach.
Na obiad był makaron. Znowu skleił się w jedną wielką bryłę, którą można byłoby grać w piłkę. Nie jadłem, nie miałem apetytu. Przez cały obiad Siergiej opowiadał mi, którym trolejbusem i dokąd mogę dojechać. Mówił o autobusach i o bunkrach nad morzem, które koniecznie muszę odwiedzić. Tylko kiwałem głową, puszczając większość jego słów mimo uszu.
Wreszcie nadeszła chwila wyjścia. Uścisnęliśmy się, wziąłem torbę, materac i powlokłem się w stronę drzwi.
Do dyżurki było jakieś dziesięć metrów, ale przez te dziesięć metrów chyba wreszcie zacząłem rozumieć, co właściwie się dzieje. Udało mi się nawet przybrać pozornie wesoły wyraz twarzy. W dyżurce czekał już Mattias.
– Stary, nie mogę uwierzyć, że to się dzieje – powiedział.
– Tak, świetnie, po prostu niewiarygodne – odpowiedziałem i zacząłem chaotycznie opowiadać mu fragmenty różnych więziennych historii, o których nie zdążyłem napisać w grypsach.
Wyszliśmy przez te same drzwi, przez które kiedyś razem z innym więźniem bezskutecznie próbowaliśmy uciec na mały dworzec. Teraz naprawdę tam szliśmy. Dworcem okazał się długi, parterowy budynek tuż przy ogrodzeniu, obok torów kolejowych. Po drodze minęliśmy policyjny autobus, do którego konwój zaganiał więźniów. Powiedziałem Mattiasowi, że to etap, ale nie zrozumiał.
Na dworcu umieszczono nas w celi dla oczekujących, a potem zaczęto wyprowadzać pojedynczo po rzeczy. Kiedy poproszono mnie o podanie kodu osobowego, wyjąłem paszport.
– To jest paszport? – zdziwił się mężczyzna za ladą.
– No tak, a co w tym dziwnego?
– Tyle lat tu pracuję i pierwszy raz widzę, żeby paszport wydano wcześniej!
Podpisałem odbiór i odzyskałem cały swój majątek: jedną zatyczkę do ucha, przewodowe słuchawki i stertę plastrów. Oddano mi także woreczek z czterdziestoma sześcioma euro - resztą z mojego więziennego konta. Potem zaprowadzono nas do głównego opera. Mieliśmy tam otrzymać „wilczy bilet”, czyli zaświadczenie o zwolnieniu z podpisem naczelnika więzienia Runcisa, co po łotewsku oznacza „kocur”.
– Co, wypuścili? – zapytał ponuro oper.
– Wypuścili.
Wyciągnął w moją stronę kartkę, ale natychmiast ją cofnął.
– Słuchaj, więcej nie fotografuj pociągów, zrozumiałeś?
– Zrozumiałem.
Wreszcie dostałem zaświadczenie.
I oto on - ostatni korytarz oddzielający mnie od wolności. Tuż przy wyjściu znajdował się punkt kontrolny. Razem z nami zwalniano jeszcze dwóch ludzi. Byłem drugi w kolejce. Kiedy nadeszła moja kolej, człowiek w policyjnym mundurze zagrodził mi drogę i poprosił, żebym odszedł na bok. Wiedziałem. Przepuściłem dwóch stojących za mną. Mattias przeszedł, a ja zostałem. Pokazałem zaświadczenie, przeszedłem przez bramkę, ale natychmiast poczułem na ramieniu rękę tego samego policjanta.
„Stirlitz, a pana poproszę, żeby pan został” - zabrzmiało mi w głowie. Mimo swoich obaw zobaczyłem jednak słońce, choć znowu znajdowałem się pod eskortą. Wyprowadzono mnie na zewnątrz i od razu poprowadzono do policyjnego samochodu terenowego. Stał po drugiej stronie zakurzonego placu, tuż przy ogrodzeniu, za którym biegła linia kolejowa. Natychmiast przypomniałem sobie los Bulby. Nie zdążyłem nawet nic powiedzieć Mattowi. Zresztą co mogłem powiedzieć? Stał przy wyjściu, a ja znowu odchodziłem z ludźmi w mundurach. Usłyszałem, jak krzyknął za mną:
– Pojedziemy odebrać samochód!
Obok niego stał jego adwokat.
Moje podejrzenia się potwierdziły: w samochodzie czekała na mnie policja imigracyjna. Kobieta i mężczyzna przyglądali mi się uważnie.
– Dokumenty.
Podałem mężczyźnie paszport i swoją kartę rezydenta UE. Przekartkował strony i mruknął.
– Co zamierzasz dalej robić? Jakie masz plany?
– Polecę do domu.
– Kiedy?
– Kiedy kupię bilety.
– Rozumiem. – Nadal przeglądał paszport.
Zaczął się niewielki przesłuch, ale już po dziesięciu minutach atmosfera się rozluźniła.
– No cóż, nie jesteś tym, kogo szukamy.
W tym momencie za oknem samochodu przemknął pociąg elektryczny. Mimowolnie drgnąłem.
– A kogo szukacie? – zapytałem.
– Tych, którzy wjechali nielegalnie, którzy złamali prawo. Gdyby coś na ciebie było, pojechałbyś od razu z tego więzienia do następnego.
– Nie do więzienia, tylko do ośrodka – poprawiła go kobieta.
– Ale ty się w ogóle nie przejmuj. My Ukraińców właściwie lubimy.
– Zauważyłem.
– No, różnie bywa. – Wzruszył ramionami. – Możesz iść.
Wysiadłem z samochodu, a on natychmiast odjechał, zostawiając za sobą chmurę pyłu. Przede mną znajdowała się brama Ryskiego Więzienia Centralnego.
No tak, zupełnie jak w kiepskiej piosence:
„Państwowy dom przede mną,
I więzienie centralne,
Czterdzieści euro przy duszy,
I droga bardzo daleka...”
Zachciało mi się rzygać.
Obróciłem się kilka razy w miejscu, zrobiłem dwa kroki do przodu i dwa do tyłu wzdłuż ogrodzenia. Zatrzymałem się i rozejrzałem. Wokół nikogo nie było. Po krótkim kręceniu się przy torach przeszedłem przez ulicę, podszedłem do budynku więzienia i usiadłem na schodach. Z drzwi wyszedł jeden ze znajomych operów.
– Przepraszam, może mi pan powiedzieć, która godzina? – zapytałem.
– Piętnasta trzydzieści siedem – powiedział, odwracając się. Nie rozpoznał mnie.
Niby chciałem gdzieś pójść, tylko dokąd? Wstałem i ruszyłem w stronę mostu kolejowego, ale zanim do niego dotarłem, postanowiłem zawrócić. Miałem uporczywe wrażenie, że jeśli odejdę za daleko, wydarzy się coś strasznego.
Przy więzieniu czekali już Mattias i adwokat. Okazało się, że samochód wydadzą dopiero jutro. Porozmawiałem chwilę z adwokatem i ruszyliśmy w stronę przystanku osobowego Vagonu Parks. Tym razem dotarliśmy do mostu. Ledwie na niego weszliśmy, a pod nami w stronę więzienia przemknął sprzęg dwóch lokomotyw spalinowych - dość rzadkie zjawisko. Byłby z tego zacny kadr.
Kiedy dojechaliśmy pociągiem elektrycznym do dworca centralnego i weszliśmy do głównej hali, znieruchomiałem. Ludzie poruszali się w różnych kierunkach, bez przerwy przecinając sobie nawzajem drogę. Od tego chaosu zrobiło mi się niedobrze. Wolni ludzie są w ogóle zadziwiająco źle zorganizowani. Wszystko było dziwne i obce.
Pierwszym jedzeniem na wolności były czebureki na tym samym dworcu. Kiedy Mattias stał w kolejce, przyczepiło się do niego dwóch dworcowych narkomanów, próbujących wyciągnąć od niego pięćdziesiąt centów. Jeden był milczący i pomarszczony, drugi rozmowny, a z jego ust zwisała ślina. Mattias nie znał rosyjskiego, dlatego na jego twarzy malowało się czyste niezrozumienie Europejczyka, który nagle zetknął się z wielką kulturą rosyjską.
– Ej, wy co, chłopaki? Przecież nie mamy ani grosza przy duszy. – Podszedłem do obślinionego i odezwałem się nienaturalnie zachrypniętym głosem.
– Co, naprawdę ani grosza?
– Bracie, nie widzisz, kurwa? – Wskazałem na torby wypełnione rzeczami. Nie trzeba było niczego wyjaśniać.
– Chłopaki, dorzućcie, ile macie. Widzisz, nie mamy kompletnie nic, gliny, suki, nawet telefony zabrały! Ostatnie pieniądze wydaliśmy na czebureki. Daj chociaż parę euro, a ja ci czajnik. Zamienimy się? – Nieoczekiwanie dla samego siebie zacząłem się dobrze bawić.
– Kurwa, wybacz, sam jestem spłukany. Gdybyśmy tylko mogli... A co ten odpowiada? – Obśliniony wskazał na Mattiasa.
– Co ty, nie znasz go? Przecież to... Misza Cegła!
– Co? Jaka, kurwa, Cegła?
– No nieźli jesteście, chłopaki. Cegły nie znacie.
– A ty sam kto? Przedstaw się!
– Ja... Przecież Żenia Charkowski. Nie słyszeliście czy co?
Spojrzeli po sobie.
– Cholera wie, może i tak.
Potem odbyliśmy z nimi krótki spacer do centrum Rygi. Do dziś nie bardzo rozumiem, jak dokładnie zakończyła się ta rozmowa. W pewnym momencie to oni sami znaleźli dla nas pieniądze. Na tym się rozstaliśmy.
Wieczorem zameldowaliśmy się w hotelu. Od razu zacząłem szukać wzrokiem łyżki i kaloryferów.
Bliżej nocy stopniowo przyzwyczaiłem się do nowego, starego życia. Miasto stało się mniej obce. Nie mogłem spać. I nie chodziło nawet o sen - po prostu nie potrafiłem przebywać w zamkniętym pomieszczeniu. Im głębsza stawała się noc, tym bardziej chciałem uciec, wreszcie zostać sam, znaleźć się na pustych ulicach nocnego miasta.
Wyszedłem o jedenastej wieczorem. Słuchawki bardzo się przydały. W ciągu nocy przeszedłem całe ryskie nabrzeże, od Šķirotavy aż do samego portu i z powrotem. Wreszcie słuchałem własnej muzyki. Najpierw włączyłem P.U.L.S.E. To była dziwna, hipnotyzująca noc. Szedłem przez nocną Rygę i śpiewałem „Coming Back to Life”.
Wróciłem o piątej rano. Już o dziewiątej odebraliśmy samochód, a Mattias pojechał do domu. Czy jeszcze się zobaczymy?
Przez cały dzień spacerowałem po Rydze. Po drodze kupiłem bochenek chleba i butelkę kwasu, a pod wieczór, intuicyjnie stosując się do rad Siergieja, sam nie zrozumiałem, jak znalazłem się na brzegu Bałtyku, na baterii Mangalsala. Dziwne miejsce: las oraz na wpół zrujnowane, zarośnięte bunkry z różnych epok - od XIX wieku po drugą wojnę światową.
Wiatr przybierał na sile, a ja ruszyłem w stronę morza. Zaczęła się burza. Piasek zgrzytał między zębami, wysoka trawa niemal położyła się na ziemi. Przede mną szalał Bałtyk. W oddali, przez czarne burzowe chmury, słabo przebijał się zachód słońca. Tam również, na horyzoncie, widać było dziób zatopionego betonowego statku „Lady Kaitlin”. Spienione fale z sykiem uderzały w kadłub, rozbijały się na tysiące kropli, które na chwilę zasłaniały statek. Wydawało się, że po kolejnym uderzeniu, kiedy rozprysk opadnie, w tym miejscu nie będzie już niczego. Ale statek zawsze pozostawał tam, gdzie wcześniej.
Wziąłem łyk kwasu i pobiegłem. Pobiegłem wzdłuż linii wody. Po minucie nogi miałem zupełnie przemoczone. „A niech to diabli” - pomyślałem i z jakiegoś powodu wskoczyłem do wody. Żywioł natychmiast mnie pochwycił. Woda wrzała, znosząc mnie raz w stronę morza, raz ku brzegowi. Kwietniowa woda była lodowata, ale płynąłem, pluskałem się, prychałem, unosiłem na falach. Oddech się rwał, ubranie krępowało ruchy, a sól paliła w oczy, ale płynąłem. Płynąłem ku statkowi rozcinającemu fale. Płynąłem, bo mogłem. |
| Słowa kluczowe: |
2TE116, 2TE116-709, 2ТЭ116Б Zima, BTS, Łotwa, towarowy |
| Data: |
11.07.2026 15:35 |
| Wyświetleń: |
517 |
| Wielkość pliku: |
1.7 MB | 1800x1060 px |
| Dodał: |
Lev Pavliuk 96 |
|
| Producent: |
DJI |
| Model: |
FC9113 |
| Czas ekspozycji: |
1/8000 sec(s) |
| Wartość przysłony: |
F/1.8 |
| Czułość ISO: |
100 |
| Data wykonania: |
21.02.2025 08:00:55 |
| Ogniskowa: |
8.67mm |
|
| Komentarze |
prof_klos
13.07.2026 16:54
|
Kiedyś, zdaje się w 2013 roku, odbyłem podróż rowerem od siebie, z Pabianic pod Łodzią nad morze. Jechałem z serdecznym przyjacielem, Januszem, było trochę kolei po drodze, jakieś pociągi którymi wracaliśmy, wąskie tory, bocznice i lokomotywy mijane na trasie. Jechaliśmy omijając szosy - tylko wioski, dukty, lasy i pola. Podróż, z namiotami uwiązanymi do ramy, zapasowymi ubraniami, sprzętem fotograficznym, menażkami i prowiantem trwała cztery dni. Jechaliśmy od świtów do nocy, paląc ognisko w dowolnych miejscach, rozbijając namiot. Było wiele przygód, jak ciągłe awarie roweru Janusza. Było mnóstwo spotkanych ludzi, wymian zdań, zwiedzonych zabytkowych budynków (tak zwane urbeksy, o których nie wiedzieliśmy, bo pojawiały się ot tak, znienacka, a korzystaliśmy z papierowej mapy). Miałem na koniec podróży, w momencie wjechania rowerem do wód Bałtyku, podobne odczucia jak w Twojej opowieści. Z jednej strony - super, cel osiągnięty. Z drugiej jakaś tęsknota, że to już koniec. I ta myśl, że nigdy nie spotkam ponownie żadnego z tamtych ludzi, którzy dzielili się z nami pożywieniem, częstowali smakołykami na dalszą drogę, sprzedawców sklepu i innych, wymijanych z zaciekawieniem prowadzących z nami dyskusję.
Podobnie jak Ty, spisałem świeżo po powrocie do domu książkę z tych przygód, wspominając spotkanych ludzi i dialogi, awarie, myśli i mijane okolice.
No i, jak wspomniałem powyżej, ta świadomość - nigdy tych ludzi już nie spotkam: była wybitnie ujmująca. A na podobną podróż już nigdy się nie wybrałem, chociaż próbowałem. |
|
Lev Pavliuk 96
13.07.2026 20:07
|
@prof_klos, Ten sposób podróżowania jest mi bardzo bliski. Sam odbywam kilka takich wypraw rocznie, choć zazwyczaj podróżuję samotnie. Każda z nich jest małą przygodą. Moja ostatnia była bardzo krótka, liczyła zaledwie około 500 km, ale okazała się doskonałym sposobem, by pobyć sam na sam ze sobą. Staram się podróżować bez map i internetu, dzięki czemu doświadczenie zawsze staje się ciekawsze :)
Poleciłbym wam odbyć podobną podróż po jakimś nieznanym kraju. Gwarantuję, że na długo ją zapamiętacie. Jesienią przejechałem 1291 km rowerem, a do tego kawałek pociągami towarowymi po Bośni. Choć byłem w Bośni już wcześniej, ta wyprawa szczególnie zapadła mi w pamięć. Rower pozwala spojrzeć na kraj z zupełnie innej perspektywy i wysłuchać dziesięć razy więcej opowieści w języku, którego prawie się nie rozumie :D |
|
|
|
|
|
|