
To zdjęcie zostało automatycznie zmniejszone. Kliknij na obraz aby zobaczyć w pełnej rozdzielczości (1800x1121).
| Opis: |
12/02/2025. C36-7i-1521 ze składem cystern w Sillamäe. W tle widać dwie hałdy.
---------------
Pierwszy rozdział: https://wrphoto.eu/details.php?image_id=60242
Poprzedni rozdział: https://wrphoto.eu/details.php?image_id=61445
Wszystkie imiona i wydarzenia w utworze są fikcyjne - wszelkie podobieństwa do rzeczywistych osób i zdarzeń są przypadkowe.
---------------
**Rozdział 13. Milioner**
18.03.2025
Szczur zjadł mój dziennik.
Zdaje się, że dopiero teraz, kiedy to zapisuję, zaczynam rozumieć absurdalność sytuacji. Ostatnie sześć dni moich zapisków zostało całkowicie zniszczone, mimo że trzymałem oba zeszyty pod poduszką.
Stało się to tak. Dziś w nocy, około trzeciej, obudziło mnie dziwne szuranie i jakieś wiercenie się pod głową. Podniosłem głowę i zobaczyłem, że u wezgłowia łóżka siedzi szczur nieprzyzwoitych rozmiarów i gryzie mój nowy zeszyt, zaczęty dopiero w zeszłym tygodniu.
Szczur był naprawdę monstrualny. Sądząc po rozmiarze zeszytu, powiedziałbym, że długością dorównywał niewielkiemu kotu. Być może, gdybyśmy spotkali się w innych okolicznościach, wszystko potoczyłoby się inaczej, ale w tamtej minucie powstał między nami zasadniczy spór o prawo własności do dziennika.
Mechanicznie zrzuciłem z siebie koc i uderzyłem go w głowę wierzchem dłoni. Szczur odsunął się na bok, ale z łóżka nie spadł i zeszytu nie puścił. Za to zaczął pośpiesznie przemieszczać się w stronę okna, na co ja, rzecz jasna, nie mogłem pozwolić. Drugi cios był celniejszy i szczur poleciał na podłogę.
Zeskoczywszy na dół, rzuciłem się do stojącego w kącie mopa. W toku działań wojennych przewrócone zostały kubek, but, jakaś szmata, wewnętrzna równowaga autora i, zdaje się, resztki zaufania Saszy do mojej poczytalności.
W rezultacie szczur został zagnany na swoje prawowite miejsce - pod pryczę. Następnie przy pomocy tego samego mopa został uprzejmie wyproszony za okno. Dalszy los - nieznany.
Zeszyt miał mniej szczęścia. Nie był wprawdzie rozdarty na strzępy, ale został solidnie przeżuty, do tego stopnia, że większość zapisków była zniszczona.
Wyrwawszy dwie strony, uroczyście spaliłem dziennik nad sedesem. Rękopisy płoną.
Nieszczęścia chodzą parami i dziś zrozumiałem, że chyba ostatecznie straciłem słuch w prawym uchu. Nocny incydent był tego potwierdzeniem.
Jedyne, co choć trochę łagodziło sytuację, to płukanie wodą. Jednocześnie przez to ucho stawało się o wiele bardziej podatne na czynniki zewnętrzne, dlatego wkrótce zacząłem nosić opaskę. Teraz korytarzowi nazywali mnie „Rambo”.
Słuch się pogarszał, a Władimir stawał się coraz głośniejszy. Zdaje się, że stary zupełnie zwariował. Teorie spiskowe z każdym dniem robiły się coraz bardziej obłędne. Dynamika była niepokojąca. Ostatnio miał obsesję na punkcie religii, i to w dość osobliwy sposób. Według jego twierdzeń Bóg jest głównym gliną, a zatem jego współpraca z naszymi, ziemskimi glinami była tylko kwestią czasu.
Jakże ja byłem tym zmęczony...
O, wrogu glin całej Rusi,
Proszę cię tylko: zamilcz.
W kosmicznym złu zdemaskowałeś
Wszystkich dokoła, wszędzie.
I każdy oper, gołąb z Bogiem,
I glina przeklęty, i sąsiad,
I bliski druh, i wróg najgorszy -
Wszystkich przyłapałeś na złych czynach!
Więc proszę cię, mój przyjacielu:
Jeśli ktoś nagle usłyszy
I pozna twoje zamysły -
W asfalt cię wprasuje.
Bo gołębie, one nie śpią!
Gliny za ścianą siedzą.
Jak to mówią: wróg nie drzemie -
I wsadzić cię chcą!
20.03.2025
Władimir rozbił się o podłogę. To koniec.
Stało się to poprzedniego wieczoru. Jak zawsze stał na kaloryferze przy oknie, wypatrując czegoś za oknem. Nie było mu dane normalnie zejść.
Potknął się, prosto i głupio. Chodziło o to, że w jego poprzedniej celi ławka stała tuż pod kaloryferem, a w tej ławka była po lewej. Widocznie o czymś się zamyślił i starym nawykiem zrobił krok prosto do tyłu, upadając na plecy z wysokości trochę ponad metra.
Od razu zaczęliśmy walić metalową zasuwą w drzwi. Lekarz przybył po dziesięciu minutach. Doktorem okazał się napakowany facet w białym kitlu, z ogromną czaszką wytatuowaną na dłoni. Obmacawszy Władimira, stwierdził, że dwa żebra są złamane i żadnych ciężkich obrażeń nie ma.
– Karetkę będziemy wzywać? - zapytał obojętnie.
Władimir był przytomny, ale tylko bezradnie kręcił oczami.
– Ogłuchłeś czy co? Karetkę będziemy wzywać? Do ciebie mówię!
– Wzywajcie, oczywiście. Pan nie widzi, że on już nawet mówić nie może? - powiedziałem oburzony.
– Ciebie nikt nie pytał - machnął ręką lekarz. - Ej, ty, słyszysz mnie? Karetkę będziemy wzywać?!
– Nie... Nie trzeba...
– No jak nie trzeba, to nie trzeba - uspokoiwszy się, powiedział doktor i ruszył do wyjścia.
– Pan sobie żartuje? Niech pan na niego spojrzy! - ciągnąłem dalej.
– Nie panikuj, wszystko będzie dobrze. Dajcie mu tabletki, połóżcie na łóżku - wskazał na dwie tabletki zostawione na stole.
Władimir jęczał przez całą noc. Zrobiło mi się go żal.
Przez jęki pełne cierpienia co jakiś czas dało się usłyszeć długie, przeciągłe, niczym wycie rannego zwierzęcia:
– Gli-i-i-i-ny.....
Zabrali go rano. Rzeczywiście zrobiło mu się lepiej, ale samodzielnie wstać i tak nie był w stanie. Karetki już nie mogli mu wezwać, więc położyli go w więziennym szpitalu.
Dalszy los - nieznany.
23.03.2025
We dwóch posiedzieliśmy niedługo: wczoraj, tuż przed ciszą nocną, dokwaterowano nam nowego sąsiada.
Był to śniady, suchy, siwy mężczyzna z krótką bródką. Ubrany był w zwykły dres, ze sobą wtargał kilka ogromnych worów.
Było widać, że wcześniej w więzieniu nie był. Otoczenie wyraźnie go pobudzało, jeśli nie przerażało.
Zająwszy dolną pryczę, zabrał się do rozpakowywania rzeczy. Na stół wysypała się połowa torby długopisów. Władimir by docenił.
O nic nie pytaliśmy, zaczął mówić sam. Miał jakiś lepki, południowy, można by rzec, sposób mówienia.
– A wy, chłopaki, jak? Jak wam życie? Jak sami tu trafiliście?
Zaczęliśmy opowiadać skrócone wersje naszych historii.
Słuchał uważnie, nie przerywał. Czasem się śmiał, czasem klął na gliny, ogólnie okazywał wyraźne zainteresowanie.
– Wagony fotografowałeś? Ty! - wskazał mnie palcem.
– No, wagony też tam były, oczywiście.
– To słuchaj, tu przecież siedział Uģis Magonis, siedział. Znałem go. Dawniej, gdybyś mi powiedział, to tych wagonów miałbyś tyle, że byś się w nich kąpał!
– Przepraszam, kto?
– Uģis Magonis! Był szefem LDZ!
– Naprawdę go pan znał?
– Tak! On tutaj siedział, dokładnie! Dokładnie tutaj! - mówił głośno, wskazując swoją pryczę. - On mi mówił, jak tu jest! Niedobrzy oameni poszli przeciwko niemu! Oj, niedobrzy...
Westchnął i ciągnął dalej.
– Mnie tu główny powiedział, że macie tu normalnie i wy sami normalni, prawie twoi ziomkowie.
– A pan jest z Ukrainy?
– Wasz sąsiad - Bułgar. Ja miałem biznes w wielu miejscach. Wszyscy mnie znają! Prawdę mówię! Nawet kiedy mnie przywieźli, każdy, absolutnie każdy mówi: „Panie W., co pana tu sprowadza?” I wszyscy tacy zdziwieni... - z zadowoleniem przymrużył oczy i usiadł przy stole.
– A ja pana chyba nie znam.
– No właśnie! Ty nie jesteś miejscowy, to i nie znasz. Mnie tutaj wszędzie znają. No ci, którzy powinni. Ja pół tej Łotwy zbudowałem. A teraz widzisz, jak mi podziękowali...
– Międzynarodowy biznes, wychodzi na to, budowlany?
– Tak! I w Ukrainie też próbowałem, ale nie wyszło.
– To co się panu stało?
Na jego twarz padł cień, rozejrzał się dookoła i zaczął:
– To moi wrogowie... To wpływowi ludzie, oj, wpływowi. Wiesz, im się nie spodobało, że ja tu, na Łotwie, też do wszystkiego doszedłem sam, bez ich protekcji. Nigdzie problemów nie było, tylko tutaj wszedłem i jak się zaczęło... Prawdę ci mówię! Ja miałem wszystko! Samochody, mieszkania, willę nad morzem, Czarnym. Tak...
Spojrzał w bok, jakby rozmyślał o wszystkich swoich osiągnięciach.
– Ale-e-e potem koniec. Nie mogli tego znieść, stanąłem im kością w gardle! O tak! - gestem pokazał, jak dokładnie im stanął. - I wzięli, kupili, wszystkich kupili, i teraz próbują mnie wsadzić!
– Czyli pana nie skazali? To tylko sankcja na dwa miesiące?
– Tak! Prawdę ci mówię, dwa miesiące. Ale adwokat powiedział, że to się niedługo rozwiąże, oni nic nie mają! Po prostu nie ma mnie o co oskarżyć, ale oni muszą, muszą mnie usunąć!
Mówił głośno, umiejętnie się oburzał, ale gestykulacji nie było prawie żadnej. Mimo nie do końca zrozumiałego języka było widać, że sztukę oratorską ma na poziomie.
Opowiadał długo, smakując szczegóły i co chwila przenosząc wzrok ze mnie na Saszę i z powrotem. Filmu tego dnia nie oglądaliśmy.
– Widzielibyście moje przyjęcia! Do mnie wszyscy przyjeżdżali, niektórzy helikopterami przylatywali. Z całej Europy lecieli! I jakie tam były kobiety, wy takich nawet nie widzieliście! No nic, wy jeszcze macie wszystko przed sobą - ściszył głos i nachylił się bliżej nas. - I jeśli będziecie wszystko robić jak trzeba, to wy też będziecie mieli! Będziecie mieli tyle, ile wam się nawet nie śniło! Widzę, widzę, jesteście chłopakami bystrymi, rozumnymi, taaak - znów się odsunął i ciągnął dawnym, donośnym tonem.
– A nie boi się pan tego wszystkiego tutaj opowiadać? Przed panem był... Taki, co tylko o podsłuchach mówił. Kto wie, może jakaś część prawdy w tym była? - zapytałem ostrożnie.
– A-a-a! - machnął ręką. - Mnie tutaj wszyscy znają! Prawdę ci mówię, wszyscy to wiedzą! I niech wiedzą dalej! Niech wiedzą, że ja stąd wyjdę, i wtedy, oj, wtedy... A ja wyjdę niedługo, może miesiąc, półtora... Tak właśnie będzie, prawdę ci mówię!
– Pan tak myśli? Nawet jeśli oni nic nie mają...
– Wyjdę, nic mi nie zrobią! Oni tylko próbują mnie zastraszyć, no ale jeszcze nie rozumieją, kim ja jestem, tak, zupełnie nie rozumieją...
Od tamtej pory W. nie milkł. Nawet po niemal dobie bez zmęczenia opowiadał o swojej firmie budowlanej i o swoim udanym sukcesie. My z Saszą zaocznie zostaliśmy mianowani na stanowiska kierownicze czeskiej i polskiej filii, ponieważ według W. obecnie siedzieli tam sami idioci. Po ponurym Władimirze słuchało się go ciekawie.
Harvard, Oksford, uniwersytety Ligi Bluszczowej: wszystko to bez wątpienia świetne środowisko do budowania kontaktów społecznych i rozmów z dziećmi miliarderów. Więzienia różnią się tym, że kontakty społeczne można tu budować bezpośrednio z oligarchami. Nie, to nie figura retoryczna.
Siedziało tu niemało ważnych i bogatych ludzi, w końcu centralne więzienie. Chodziły słuchy, że tylko w marcu przyjechało kilku „możnych tego świata”. Nawet jakiś osobnik o przezwisku „Król Rygi”, które na pewno nie wzięło się znikąd.
W. właśnie do nich siebie zaliczał, choć mam wrażenie, że przy spotkaniu oni zaliczyliby go z powrotem.
Według niego mieli osobną celę VIP. Oczywiście oni także powinni wiedzieć o jego przebywaniu w lochach i powinni byli jak najszybciej wciągnąć go w swoje objęcia.
Historia o celach VIP nie była kłamstwem. Dowiedziałem się o tym z nawiązanej korespondencji z moim „wspólnikiem”.
Jak się okazało, na prawach cudzoziemca, czyli człowieka nieznającego rosyjskiego ani łotewskiego, umieszczono go w specjalnej celi dla takich samych biedaków. Z nowym remontem, a nawet z PlayStation w zestawie. Jak powiedział klasyk: wszystkie zwierzęta są równe, ale niektóre równiejsze. Na tym jednak polega istota więzienia, że rozwarstwienie osiąga tu apogeum, i nawet nie chodzi o status materialny.
Jeden człowiek w zamknięciu traci wszystko, bo żył drogą i ruchem. Drugi po raz pierwszy od wielu lat dostaje dach nad głową, jedzenie i rozkład dnia. Właśnie dlatego takie rzeczy jak cele VIP są w gruncie rzeczy czystą drobnostką.
A propos Matta. Szczęście, że w jego celi znalazł się pewien Białorusin, który wziął na siebie obowiązki starszego celi i listonosza w jednej osobie. Inaczej diabli wiedzą, jak bym go znalazł. Puściłem gryps po korpusach, powiedzieli: nie ma takiego. Dopiero przypadkowe spotkanie z jego współosadzonym pomogło ustalić prawdę. Zresztą chyba się rozproszyłem.
***
Wieczorem drogą przyszedł pakiet z grypsikiem i notką towarzyszącą od 512. Był w tym wszystkim jeden niezwykle ciekawy szczegół - to cudo przyszło na nazwisko W., choć zapisane z błędami. A przecież informacji o tym, że przyjechał do nas nowy człowiek, jeszcze nie wysyłaliśmy.
W pakiecie była herbata, kakao, kilka snickersów, parę czekolad, dwie paczki tytoniu i dwie paczki papierosów. Taki sobie zestaw dżentelmena+. Zwykle bez prośby takich rzeczy nie wysyłano. A tu wysłali, i to jeszcze tak szybko, i jeszcze z notką... Krótko mówiąc, coś tu było nieczyste.
W. drżącymi rękami wziął karteczkę i przeczytał na głos:
„Szanowny W., witamy przy przyjeździe, kiedy się pan podniósł?”
– Co oni mi piszą? Co znaczy „podniósł”?
– No, w sensie, kiedy pan wjechał.
– Oni wszystko wiedzą! Po prostu się znęcają...
– No przecież sam pan mówił, że wszyscy pana znają...
– Ty nie rozumiesz... - cierpiętniczo wykrzywił twarz. - Oni teraz wiedzą, w której jestem celi, mogą mnie zabić!
– Ale przecież...
– To! - gniewnie wskazał na pakiet. - To od moich wrogów, prawdę ci mówię, to oni dają mi do zrozumienia!
– Daj pan spokój, może się dowiedzieli, że pan przyjechał, i postanowili pana nastawić przychylnie do wspólnego funduszu.
– Nie, ty nie rozumiesz: oni zrobią wszystko, żebym stąd nie wyszedł!
Po krótkiej pauzie jednak zajrzał do pakietu i zbadał zawartość.
– A to co takiego?! - krzyknął, potrząsając paczką tytoniu w powietrzu.
– No tytoń.
– Ja widzę, że nie wino. Dlaczego tu dla mnie tytoń? Przecież oni wiedzą, że ja nie palę!
– Skąd mieliby wiedzieć? Wszystkim takie rzeczy wysyłają, jesteśmy przecież w więzieniu.
– Ty nie rozumiesz! To, wiesz, jak mafia rybę przysyłała, tutaj jest to samo, prawdę ci mówię!
Nie wiem już, czy to prycza Władimira tak na niego podziałała, czy rzeczywiście ta paczka tak go przestraszyła, ale zmiana w nim była natychmiastowa.
Przesyłkę, rzecz jasna, odesłano z powrotem, z notką w rodzaju: „Dziękujemy, ale niczego nie potrzebujemy”. W odpowiedzi przyleciał kolejny gryps, trzeba było napisać skład celi.
– Można mnie nie wpisywać? - zapytał W.
– No jak to nie wpisywać, przecież pan przyjechał, sam pan mówi, że wszyscy wiedzą.
– No może nie wiedzą?
– No jak nie wiedzą, skoro paczka przyszła na pana nazwisko. Jeśli pan się nie wpisze, będą pytania.
– A mogę wpisać samo imię, bez nazwiska? Przecież wszyscy mnie znają... - ostatnie wypowiedział z bólem i goryczą w głosie.
Otrzymawszy zgodę, wpisał swoje imię z dwoma błędami. „Żeby nie poznali”. Artykuł też, sądząc po wszystkim, wpisał lewy.
Zresztą już po dwóch godzinach znów był na koniu. Jakby incydentu z paczką w ogóle nie było.
Zaproponowaliśmy mu obejrzenie filmu - zgodził się.
Pokazywali znowu jakiś stary film akcji.
– No, kino... Sama fantastyka, gdzie coś takiego widzieli... - powiedział na końcu.
– A jakie pan woli?
– Ja filmów prawie nigdy nie oglądałem.
– Dlaczego?
– A jak: praca. Wiesz, po 20 godzin na dobę byłem na nogach, od 16 roku życia, jakie tam jeszcze filmy.
– A dzieci pan miał? - zapytał Sasza.
– Nie, żony były dwie, tylko pieniądze im potrzebne, tylko czas na nie zmarnowałem... - skrzywił się. - Interesami trzeba się zajmować, prawdę ci mówię... No nic, my wszyscy niedługo wyjdziemy, dwa miesiące - i wszyscy wyjdziemy, i wtedy tam będzie nasze, my z wami takie rzeczy zrobimy, jakich jeszcze nikt nie robił, zobaczycie, niedługo, dwa... dwa miesiące poczekać...
Ziewnął i nakrył się kocem. Po raz pierwszy tego dnia w celi zapanowała cisza. |
| Słowa kluczowe: |
C36–7i, C36–7i-1521, EVR, Operail, Eesti, Estonia, towarowy |
| Data: |
18.06.2026 17:40 |
| Wyświetleń: |
535 |
| Wielkość pliku: |
1.8 MB | 1800x1121 px |
| Dodał: |
Lev Pavliuk 96 |
|
| Producent: |
DJI |
| Model: |
FC9113 |
| Czas ekspozycji: |
1/1000 sec(s) |
| Wartość przysłony: |
F/1.8 |
| Czułość ISO: |
100 |
| Data wykonania: |
12.02.2025 13:37:42 |
| Ogniskowa: |
8.67mm |
|
|
|
|