
|

To zdjęcie zostało automatycznie zmniejszone. Kliknij na obraz aby zobaczyć w pełnej rozdzielczości (1800x1171).
Rozdział 11. Jeden dzień Lwa Maksymowicza, czyli osobliwości łotewskiego trainspottingu
|
| Opis: |
24.02.2025. 2TЭ116-726 i 2TЭ116-1494 z krótkim składem cementowym, przybyłym z Lipawy.
---------------
Pierwszy rozdział: https://wrphoto.eu/details.php?image_id=60242
Poprzedni rozdział: https://wrphoto.eu/details.php?image_id=61416
Wszystkie imiona i wydarzenia w utworze są fikcyjne - wszelkie podobieństwa do rzeczywistych osób i zdarzeń są przypadkowe.
---------------
Część 2. Skuci
**Rozdział 11. Jeden dzień Lwa Maksymowicza, czyli osobliwości łotewskiego trainspottingu**
12 marca 2025
«Don’t worry about a thing
’Cause every little thing gonna be alright!» - przebijało się z metalowej pryczy. Grało, co prawda, coś zupełnie innego, bo przez betonowe przegrody dwóch pięter i metalową koję docierały do mnie tylko pojedyncze dźwięki nieznanej piosenki.
Sąsiedzi z dołu często zaczynali dzień od muzyki. Zawsze chciałem sobie wyobrażać, że to reggae. Zresztą miałem do tego pełne prawo, bo zdaje się, że właśnie tak ten gatunek się narodził.
Podniosłem głowę. Na małym elektronicznym zegarku na półce była 5:30 rano. O tej porze budziłem się już automatycznie: o 5:45 przywożą śniadanie, do tego czasu trzeba już pościelić łóżko i się ogarnąć, inaczej można zostać bez porcji i porannej brei.
Spojrzałem na poduszkę. Na biało-szarej poszewce została świeża plama żółtej ropy. Już trzeci dzień męczyła mnie infekcja ucha, z każdym dniem coraz bardziej traciłem słuch.
Drzwi zabrzęczały, zewnętrzny «hamulec» się otworzył, więźniowie ustawili się już w kolejce z metalowymi miskami i kubkami. Dziś na śniadanie była «niezrozumiała kasza». Nie, to nie figura retoryczna. Właśnie tak było napisane w improwizowanym menu na ścianie, tuż pod kalendarzem. Nie można powiedzieć, że było ono szczególnie potrzebne, bo jadłospis, choć zmieniał się codziennie, powtarzał się dwa razy w tygodniu.
Około 6:15 rozbrzmiewa brzęczyk. U wszystkich wyrobił się już odruch: na ten dźwięk zrywać się i ustawiać przed drzwiami w dwóch rzędach - to kontrola. Kontrola, tak samo jak breja, idzie z dołu do góry, dlatego na różne piętra przychodzi o różnym czasie. Główny cel - upewnić się, że wszyscy osadzeni są na miejscu, a w celi przestrzegany jest wewnętrzny reżim.
Do celi weszło dwóch korytarzowych i jeden operacyjny.
– Labrīt! - nikt nie odpowiedział.
Oper zrobił dwa kroki w głąb celi. Zajrzał za telewizor stojący obok pryczy Saszy.
– Dlaczego telewizor nie jest wyłączony?
– Przecież wyłączyłem dźwięk - odpowiedział Sasza.
– Podczas kontroli wszystkie urządzenia elektryczne mają być wyłączone! Jeszcze raz coś takiego zobaczę - zostaniecie z raportem i bez telewizora!
Oper odwrócił się i zaczął chodzić po celi. Widząc, że prześcieradło przy zagłówku jest niedbale założone, zwrócił się do mnie:
– Dlaczego pościel jest źle zaścielona?
– Tak wyszło.
– Wy tu wszyscy jesteście kompletnymi debilami? Jeden telewizora wyłączyć nie potrafi, drugi nie wie, jak pościelić łóżko! - krzyknął oper.
– Naczelniku, proszę się nie denerwować. Spokojniej rozmawiać.
– Dopóki tu jesteście, będę z wami rozmawiał, jak mi się podoba! - powiedział, cofając się do drzwi.
– My stąd wyjdziemy, a pan zostanie.
Nie odpowiedział.
W przeciwieństwie do kolonii karnej, w areszcie śledczym aresztanci mają czasu aż nadto. Pracy nie ma, 24 godziny na dobę jesteś w jednym punkcie. Ktoś wariuje, ktoś szuka możliwości. Chciałem wierzyć, że należę do tego drugiego typu.
Wszedłem na kaloryfer, spojrzałem przez okno. Spadł śnieg, za drutem kolczastym widać było zasypaną śniegiem lokomotywownię, spalinowozy i estońskie «Škody» od wielu dni stały nieruchomo. Nad jednym z płotów było widać dachy przejeżdżającego pociągu towarowego.
Pociągi w tych stronach jechały ze wschodu na zachód i z zachodu na wschód. Tak jak na wolności, mogłem godzinami obserwować ten obraz, wyobrażając sobie, w jakie bezkresne śnieżne przestrzenie jadą te ciężkie ładunki.
Właśnie ten widok zainspirował mnie, żeby zacząć rysować. Kilka godzin dziennie niezmiennie spędzałem na próbach rysowania. Moim pierwszym celem stał się szkic pejzażu z mojego okna: szare zabudowania, kilometry drutu kolczastego na betonowych murach i lokomotywownia, kolej, a tam, dalej, za ogromnym budynkiem depa, w śnieżnej mgle przebijały się zarysy ryskiej wieży telewizyjnej, znajdującej się już poza granicą światów.
Było w tym monochromatycznym pejzażu własne piękno, coś swojskiego, dawno utraconego. A biorąc pod uwagę obecne okoliczności, stawał się on jeszcze piękniejszy. Patrzyłem, patrzyłem godzinami i myślałem o tym, czym właściwie jest dla mnie wolność. Nie, to nie życie za murem, bo wielu z nas nigdy nie było wolnych. Co więcej, niektórzy po raz pierwszy odnajdywali wolność właśnie tutaj, jakkolwiek absurdalnie by to brzmiało.
Dla siebie uznałem, że najprawdopodobniej nie zostawię po sobie śladu w tym świecie, ale mogę tworzyć, dopóki żyję. I właśnie w tym jest prawdziwa wolność.
Kiedy wolność jest zewnętrzna, fizyczna, jej głos jest przytłumiony, prawie niesłyszalny, ale gdy trafiasz w taką sytuację, zachodzą gwałtowne zmiany, zmienia się nie tylko sposób myślenia, ale sama świadomość.
Wreszcie pojawiło się u mnie natchnienie, pojawił się cel. Trudno było sobie przypomnieć czas, kiedy byłem bardziej produktywny, kiedy potrafiłem siedzieć nad pracą po 16 godzin dziennie, zupełnie zapominając o czynnikach zewnętrznych. To zdumiewające uczucie, uczucie, że mury runęły i zostałem tylko ja.
Z rozmyślań wyrwały mnie otwierające się drzwi. Była już 9.
– Na spacer wychodzimy?
Nie mówiąc ani słowa, zebraliśmy się i wyszliśmy z celi.
– Do ściany, towarzysze! - powiedział, jak to bywa, korytarzowy.
Stajesz przy ścianie, ręce do góry. Kipisz.
– Trzy sztuki z trzy-pięć-siedem - mówi korytarzowy. Za ten nawyk przezwano go Gabals. Po łotewsku - sztuka.
Cztery piętra w dół bez konwoju - czym to nie wolność? Można biec, można iść sobie dystyngowanie, z ważną miną, ale lepiej się nie ociągać. Innych aresztantów z naszego piętra nie wypuszczą na dół, dopóki nie dojdziemy do spacerniaka, dlatego czasem warto się pospieszyć.
Patrzyłem w kałużę roztopionego śniegu, w wodzie odbijała się krata zasłaniająca niebo. Dreszcze przechodziły po plecach. Niebo było błękitne. Marcowe słońce jeszcze nie grzało, ale w powietrzu czuło się już wiosnę.
Za ścianami, w sąsiednich spacerniakach, słychać było nawoływania. Prawie wszyscy się znają, choć tylko z imion albo ksywek.
– Jaka twoja stolica? Jakie miasto? - krzyczy ktoś.
– Taszkent miasto moje.
– Ty jak tu w ogóle trafiłeś?
– Przyjechałem uczyć się na inżyniera, do instytutu! A potem zacząłem pracować jako kurier, dużo pracowałem, mandaty 3000 euro!
– No ja pierdolę! Ty masz talent, bracie! - z tego samego spacerniaka dobiegł śmiech.
– Pierwszy raz złapał mnie, bez licencji taksówką jeździłem, mandat 1100 euro, potem prędkość przekroczyłem, 580 euro, potem...
– To raczej ty przekroczyłeś, Schumacherze jebany?
– Waj, no 130 jechałem, po moście, tam znak był 50.
– I co, prawka nie zabrali? Do domu pojedziesz, jak się odwiniesz?
– Za domem strasznie tęsknię, brat, ale tutaj chcę pieniądze zarabiać. - Trochę się zawahał. - Tam mało pieniędzy, ceny takie same. Brat, a ty ile w Łotwie mieszkasz?
Znowu śmiech.
– Ja w Łotwie? Całe życie!
– A-a-a, a po łotewsku umiesz mówić?
– Przecież jestem Łotyszem!
– Oszaleć można, myślałem, że ty Ukrainiec!
Z więziennego korpusu dobiegł rozdzierający wrzask.
– TRZY CZTERY CZTERY!
– Kolan, to ty? - w odpowiedzi ze spacerniaka.
– Dawno nie słyszałem! Czekaj na maławę wieczorem!
– Jak ty tam w ogóle?
– No normalnie! Paczka wleciała!
– Kto zajechał?
– PA-CZ-KA!
– A-a-a, no elegancko! Wiosna przyszła, co?
– Lee, szalony wiosna w ogóle! - krzyknął Tadżyk.
– Ahaha, laa... Będziesz teraz Szalony Wiosna, słyszysz! - ze śmiechem doleciało z jednego ze spacerniaków.
Zacząłem oglądać napisy na ścianach. Na czerwonych metalowych drzwiach było wydrapane:
«Rok to nie wyrok, dwa to nauka, drobiazg, będzie git».
Przez cały spacer, tak jak wcześniej, nie powiedzieliśmy do siebie ani słowa. Nie, nie było tu napięcia, konfliktów, niczego nie było. Nie było też chęci.
W drodze powrotnej znowu kipisz. Mówią, że kiedyś nie był codzienny, zanim na spacerniakach powiesiło się kilka osób. Gwoli prawdy, obecny kipisz trudno było nazwać skutecznym: kilka dni temu Sasza przeniósł w kapturze talerz od sztangi.
Wchodziłem do celi ostatni, specjalnie zwlekałem, czekałem, aż korytarzowy zajrzy do środka. Tylko odwrócił wzrok, a ja ledwo zauważalnie podniosłem rękę i hop! Zasłoniłem judasza w drzwiach. Powinno się go trzymać zamkniętym, ale spróbuj komuś powiedzieć. Nie, lepiej wyczaić moment, wszystko tutaj robić samemu.
Zaparzyliśmy herbatę, włączyliśmy telewizor. O tej porze właściwie nie ma nic ciekawego. W sumie jest tu 14 kanałów: 7 łotewskich, 6 rosyjskich i jeden ukraiński - kanał, gdzie 24/7 lecą wiadomości, tak zwany telemaraton.
W rosyjskich wiadomościach dron FPV wpada w ukraińskiego żołnierza. Operacja «Rura»: «Największa operacja w historii wojskowości! Rosjanie przeszli gazociągiem i wyzwolili Sudżę! Droga na Kijów otwarta!»
W ukraińskich wiadomościach FPV wpada w rosyjskiego żołnierza wychodzącego z rury. «Kolejna porażka Rosji!», «Czekali na nich przy wyjściu z rury! Praktycznie wszyscy Rosjanie zostali zniszczeni!»
Na kanale o życiu zwierząt orzeł wpada i rozszarpuje lisa.
W łotewskich wiadomościach obyło się bez filmów z frontu. Za to gruby facet w okularach radośnie pokazywał niebieskie i czerwone strzałki w obwodzie kurskim, ogłaszając prognozę na dzień i zakreślając wskaźnikiem punkty starć. Niczego, kurwa, nie dało się zrozumieć, tylko słychać: Ukraiņi! Ukraiņi! Na dole podpis: «militārais eksperts».
Dzisiaj łaźnia. Tak chyba we wszystkich więzieniach nazywa się wspólną łazienkę z prysznicami na 8 osób. Prawda, jeśli puścić wodę we wszystkich 8 albo nawet 7 kranach, woda przestanie lecieć, więc umycie się całą celą za jednym razem jest fizycznie niemożliwe. Ratuje sytuację to, że łaźnia jest 2 razy w tygodniu, no i czasem można się dogadać, żeby pójść na dwa podejścia.
Mimo wszechobecnej pleśni, rdzawej wody i innych niedogodności, łaźnia - to jeden z najważniejszych elementów więziennego życia. Wielu buduje wokół niej plany, ja nie byłem wyjątkiem. Już mniej więcej od tygodnia chciałem się ostrzyc i przez cały tydzień wybijałem maszynkę do strzyżenia. Na cały blok - jedna maszynka, państwowa. Żeby ją dostać, trzeba pisać podanie do operacyjnych. Czekałem na maszynkę tydzień, wszystko wyliczyłem tak, żeby ostrzyc się akurat przed łaźnią, ale jak to mówią: «Chcesz rozśmieszyć Boga - opowiedz mu o swoich planach». Tak też było tutaj, maszynkę dostałem dokładnie po prysznicu.
Strzygłem się na 6 mm, mniej ustawić się nie dało, maszynka po prostu odmawiała pracy. Wcześniej samostrzyżeniem się nie zajmowałem, do tego bez lustra, więc musiałem polegać wyłącznie na komentarzach współosadzonych. Strzygę się, włosy lecą, sedes już puchaty, choćby sweter dziergać, aż tu masz! Maszynka się rozładowała, a z tyłu głowy został cały kłąb włosów starej długości. Trzeba było ścinać żyletką, w trakcie porządnie rozcinając sobie rękę. No, przynajmniej teraz wygląd miałem odpowiedni.
– Uważaj teraz, żeby cię 512 nie usunęła jako konkurenta - zaśmiał się Sasza.
Władimir ponuro milczał. On w ogóle był milczący, i chwała Bogu. Jak zacznie mówić, to gaście światło, spuszczajcie wodę!
Na obiad dzisiaj makaron. Do 4 piętra prawie zawsze docierał zimny i sklejony w niedorzeczną kostkę. Jednym z głównych problemów więziennej brei był prawie całkowity brak białka w jakiejkolwiek formie. Nie wiem, czy zrobiono to celowo, czy z powodu budżetu, który według niektórych pracowników wynosił około 7 euro dziennie na więźnia. Prawda, do nas docierało gdzieś 2-3 euro, liczyłem.
Jedynym ratunkiem był więzienny sklep. W piątek przynoszą listę produktów, wypełniasz kartkę i już w środę do celi przynoszą zakupy. Ceny niewielkie, ale wsadzili mnie z 5 euro w kieszeni, które wydałem na papier i długopis. Sól i pieprz brałem ze wspólnego, żywiłem się breją, czego było więcej niż dość w trybie oszczędzania energii.
Jeśli breja płynna, to przynajmniej ciepła będzie - jedna dobra rzecz, no i mięso czasem się trafi, choć w smaku już nie pierwszej świeżości, ale co tu narzekać. Bez białka i życie nie to.
A sklep ten po łotewsku, rzecz jasna, więc na początku prawdziwą próbą było rozszyfrowanie nazw produktów. Oczywiście można było wpisać nazwę potrzebnego produktu po rosyjsku, ale i tu nie obywało się bez numerów. Na przykład Sasza wpisał na listę «Grzyby 500 g» i dzisiaj rzeczywiście przynieśli mu grzyby.
– Co to jest? - zapytał.
– Grzyby, przecież zamawiałeś - odpowiada sklepowa.
– One są surowe, i tu jest kilogram.
Sklepowa niezadowolona prychnęła.
– No i co z tego, że kilogram, połowy nie było! Trzeba uważniej katalog czytać!
– Nie, dlaczego one są surowe, co ja mam z nimi robić?
– A co mnie to obchodzi? Napisałeś grzyby, no to przyniosłam ci grzyby, co ci nie pasuje?
Przypadek to nie jednostkowy. Można było na przykład zamówić ananasa albo kokosa, ale co z nimi robić - pozostawało zagadką. Być może była to taka sobie operacyjna pułapka i temu, komu do celi wjeżdżał ananas, tego samego dnia urządzano kipisz.
W tamtym katalogu przy każdym produkcie podany był kraj dostawcy. Czego nie spodziewałem się zobaczyć, to tego, że krajowych łotewskich towarów w katalogu było wcale nie tak wiele, za to towarów z takich wrogich państw jak Rosja czy Białoruś - aż nadto. Zresztą wojna wojną, a połowa wagonów towarowych krążących po kraju miała stempel RŻD.
Pociągi w tych stronach jechały ze wschodu na zachód i z zachodu na wschód, ale już puste.
Na czas obiadu w tej celi istniała tradycja - o 13:00 na jednym z rosyjskich kanałów włączano najbardziej krwiożercze i obłąkane wiadomości dnia. Między sobą nazwaliśmy to «południowym biesogonem».
Przed więzieniem nigdy w życiu nie próbowałem przebrnąć przez pełne wydanie rosyjskich wiadomości. I nie bez powodu.
Głównym tematem wydania znowu stała się «rura», która do obiadu była już świętym czynem, godnym podręczników historii i ikon.
Głównym bohaterem wydania został ksiądz z tatuażami, podejrzanie przypominającymi zamalowane swastyki.
Bojowy batiuszka porównywał operację do pielgrzymki i oświadczał, że w rurze był Bóg.
Na końcu wydania, podsumowując, prowadzący po raz kolejny potwierdził: «Zaporoże, Kijów i Berlin zostaną wzięte. Wróg zostanie rozbity, zwycięstwo będzie nasze!»
Po biesogonie nic godnego uwagi w eterze nie było. Na rosyjskich kanałach pokazywano seriale kryminalne, trochę życia przyrody i remaster radzieckiego serialu animowanego «Prostokwaszyno».
Pewnego razu między dwoma aresztantami toczyła się bardzo gorąca dyskusja o celowości tej kontynuacji. Do nożowania, chwała Bogu, nie doszło.
Seriale kryminalne miały różne pochodzenie, ale różnorodnością nie błyszczały. Wystarczy przypomnieć nazwy trzech najpopularniejszych seriali w R.C.C.:
«Morderstwo w Midsomer», «Morderstwo w» i «Morderstwo». Tytuły podane są w kolejności chronologicznej według emisji.
Dawniej telewizory w więzieniu były niewiarygodnym luksusem, a i puszczano tam jeden-dwa kanały. Z czasem jednak administracja zaczęła mniej przeszkadzać w przekazywaniu telewizorów do cel, a sama technika stała się bardziej dostępna. Powody takiej lojalności są zrozumiałe. Nie bez powodu telewizor nazywa się zombipudłem. W więzieniu ten wpływ jest szczególnie widoczny, bo od razu widać, kto przez rok-dwa 24/7 gapi się w telewizor, a kto tylko siedzi na rozcieńczonej heroinie.
Z ulicy dobiegł głośny, rozdzierający śmiech. Druga zmiana poszła na spacer, Joker spaceruje. Od tego śmiechu wszyscy w celi zaczęli się uśmiechać, nawet Władimir.
Na prawach burżuja, który już dostał z paczki czajnik elektryczny, wymieniłem swój traktor na niewielki zbiór Dostojewskiego. Na pierwszej stronie starannym pismem było napisane: «Od syberyjskiego katorżnika porządnym aresztantom R.C.C.»
Dzisiaj czytałem «Gracza», robiąc tylko krótkie przerwy na partyjkę w tryktraka albo karty, kiedy w telewizji leciały reklamy i Sasza odrywał się od ekranu.
Władimir grać z nami nie chciał. «Gliny wam podkręcają, szulerzy» - mówił. No i czort z nim.
Jak wszędzie, jeśli znajdziesz sobie kilka zajęć, czas leci całkiem szybko. Co więcej, w ostatnich dniach, kiedy zacząłem pisać, pojawiło się u mnie paradoksalne poczucie braku czasu. Musiałem nawet rozpisać plan dnia.
Druga kontrola podkradła się niezauważenie. Około 17:00 operzy przechodzą ostatnie piętro i od razu zaczyna się ruch dróg. Paczki, maławy, więzienny tranzyt nabiera rozpędu i kończy się dopiero o 5 rano, tuż przed pobudką.
Nasza cela była tranzytowa. Na ścianie wisiał narysowany od ręki schemat naszego bloku, zarówno ze starymi, jak i nowymi numerami chat. Każdy aresztant używał własnego systemu.
Zaraz po 17:00 ładunki szły co pięć minut. Tylko zdążaj wskakiwać na okno - żadnego spokoju.
Wkrótce, po otwarciu drogi, i do nas wleciał tak zwany «progon». To list od smotriaszcziego, który rozsyła się po całym bloku. Taki sobie spis ludności. Trzeba napisać skład chaty: imię, nazwisko, artykuł i kraj pochodzenia. Takie progony były czymś standardowym, ale tym razem z progonem szedł list przewodni:
«Witamy was, drodzy aresztanci!
Chcieliśmy przypomnieć, że w naszym domu nie wolno sprzedawać rzeczy pierwszej potrzeby i wymagać czegokolwiek od ludzi w biedzie. To nieporządne postępki i za nie będzie pytanie. Jeśli chcecie pomóc swojemu towarzyszowi albo najbliższej chacie, robi się to od serca i bezinteresownie.
W miarę możliwości pomagajcie ludziom, którzy są w sytuacji trudniejszej niż wasza.
Chcemy też przypomnieć o znaczeniu dróg i ładunków.
Szanujcie drogi. Każda chata powinna mieć konie i powinniście umieć je robić. Powinniście umieć je robić, a także mieć konia rezerwowego, jeśli głównego zabiorą gliny. Chata powinna też mieć długiego konia, żebyście mogli przyjąć albo wysłać ładunki na spacerniak.
Pilnujcie stanu swoich koni. Żeby się nie rwały, były bez brody i węzłów, żeby ładunki i maławy dochodziły całe i zachowane do aresztanta.
Chcemy też przypomnieć: w miarę możliwości poświęcajcie uwagę wspólnemu, to wskaźnik waszej trzeźwości i porządności.
Wsparcie idzie na pomoc trumom i nowym ludziom, którzy przyszli do naszego domu.
Osobna wdzięczność tym, którzy nie zapominają i zawsze pomagają!
Na koniec powiemy: żyjcie zgodnie, pomagajcie bliźnim i w każdej sprawie zwracajcie się do 512 chaty. Zawsze odpowiemy i pomożemy wam rozwiązać waszą sprawę.
Z aresztanckim ciepłem i szacunkiem, 512!»
---
Już z dziesięć minut stałem na kaloryferze, trzymając się kraty okiennej. Za oknem rozpalał się wspaniały zachód słońca.
– Co tam takiego? - z kpiną zapytał Sasza.
– Zachód.
Milcząc, wspiął się na kratę i ze smutkiem wpatrzył się w niebo.
Znowu milczenie.
Za kolczastym, rdzawym drutem, puszczając kłęby dymu, niespiesznie szedł 2TE116 z węglarkami. Jechał na zachód, dźwięku prawie nie było słychać, tylko daleki gwizd turbiny. Zawsze dziwiło mnie, jak mocno tutaj tłumią się dźwięki. Niby jest tuż obok, ręką sięgnąć, 300 metrów maksymalnie, a dźwięku prawie nie ma. Nie było też dźwięku samochodów, miasta, niczego nie było.
W takich chwilach jednak czasem przebije się jakaś melancholia, tęsknota. Bywało, że myślisz: oddałbym wszystko, żeby wskoczyć na stopień węglarki i pojechać, pojechać... Daleko-daleko, jak najdalej stąd, ku morzu. A tam choćby wpław.
Tylko co tu oddawać. I zostaje jedynie obserwować zachód, stojąc przy kracie na kaloryferze.
«Jedynie», a przecież ilu ludzi oddałoby wszystko, żeby choć ten zachód zobaczyć. Co tam zachód, choć samo niebo zobaczyć, choć na sekundę... Wstyd być nieszczęśliwym.
Rygę otuliła ciemność. Znowu zrobiło się spokojnie. Wszystko minęło, zrobiło się nawet jakoś ciepło na duszy. A tu już proponują partyjkę w tryktraka, więc tu już nie czas na duchowe przeżycia, jaka tam węglarka, jaki zachód, «Dobrze tam, gdzie nas nie ma».
Zapomnieliśmy się, zagraliśmy się, no i ciągnie więźnia pod wieczór do rozmów od serca, zawsze tak jest. Bywa, że cały dzień milczą, a pod wieczór jak przerwie... A rano znowu wszyscy tacy posępni, ponurzy. A co tu ponurość robić? Herbata jest, palić jest, ręce, nogi - wszystko na miejscu, czego jeszcze trzeba?
– Ty przecież nie jesteś tu pierwszym szpiegiem - niespodziewanie powiedział Władimir.
– A kto był przede mną?
– Siedział tu Białorusin, 8 miesięcy, tak i pojechał na zonę, a może go wypuścili, a diabli go wiedzą! Pewnie jednak wypuścili. Dokładnie na twojej pryczy był.
– No proszę, a jaki z niego szpieg? Prawdziwy?
– A ja to wiem? I jaka różnica.
– Kapcie twoje, swoją drogą, też jego, szpiegowskie - Sasza spojrzeniem wskazał na moje kapcie, podarowane mi jeszcze pierwszego dnia.
– Czyli szczęśliwe? Czy odwrotnie?
– Pożyjemy - zobaczymy, co tu wróżyć.
9 wieczorem, ostatnia kontrola.
Zaraz po niej na jednym z kanałów zaczynał się jedyny pełnometrażowy film w ciągu dnia. Zazwyczaj jakiś stary film akcji. Dzisiaj był to «Rambo 2».
Ale główne show zawsze zaczynało się po lewej, z łóżka Władimira.
– TAK, dawaj, wal szybciej, co stoisz! - prawie krzyczał.
– Gdzie ty strzelasz? No przecież on tam stoi! Co ty robisz, durniu! Uff, trzymaj się, trzymaj!! A to zaraza, co ty...
Kiedy komentarze Władimira zaczynały być głośniejsze od samego filmu, Sasza nie wytrzymywał:
– Można, proszę, ciszej?
– Dobrze, dobrze. - I dalej półszeptem: - Uff, patrz, jakie debile! A to zaraza! No kurwa, dupa z uchwytem!
– Ty sobie jaja robisz?
– Wszystko! Milczę! - po tym Wowa zawsze obrażony odwracał się na drugi bok i nakrywał głowę kocem.
Film się skończył, teraz więzienie ostatecznie ożyło. Korytarzowi o tej porze chodzą rzadko. Dlatego wielu, czując osłabienie kontroli, zaczęło mówić całkiem głośno, ktoś coś upuścił z góry, kilka cel włączyło muzykę.
My z Saszą graliśmy w tryktraka, Władimir już spał.
Za ścianą, za oknem, zupełnie cicho. Ledwo słyszalnie przejechał pociąg towarowy. Jeszcze jeden, czwarty tego dnia. Ten szedł na zachód, na wschód był tylko jeden.
Zaczynało mnie morzyć, a i ucho całkiem się rozbolało, chciałoby się pospać. Wskoczyłem na górną pryczę, przykryłem się prześcieradłem, na wierzch - państwowy, szorstki, kraciasty koc, znany każdemu więźniowi. Poszwy na kołdry są tu zabronione. Prycza lekko wibrowała. Teraz muzyka grała bliżej. Jeśli przyłożyć zdrowe ucho do metalu, można całkiem wyraźnie usłyszeć muzykę i słowa, prawie jak w słuchawkach. Zamknąłem oczy. A prycza wciąż grała i grała swoją żelazną kołysankę:
Gdy z nimi jestem, przestaję umierać
Mają otwarte ręce i barwne słowa
Trawą oddychają, wszystko im powiewa
A major idzie, by ich pochować
Nikt z nich nas nie przyjmie, nikt nas nie zrozumie
Lecz major się poślizgnie, major w dół runie
Bo my - lód pod stopami majora!
My - lód pod stopami majora!
My - lód... |
| Słowa kluczowe: |
Zima, Łotwa, 2TE116, 2ТЭ116, 2ТЭ116-726, 2ТЭ116-1494, 2TE116-726, 2TE116-1494, Broceni, towarowy |
| Data: |
22.05.2026 15:33 |
| Wyświetleń: |
857 |
| Wielkość pliku: |
2.4 MB | 1800x1171 px |
| Dodał: |
Lev Pavliuk 96 |
|
| Producent: |
DJI |
| Model: |
FC9113 |
| Czas ekspozycji: |
1/320 sec(s) |
| Wartość przysłony: |
F/1.8 |
| Czułość ISO: |
100 |
| Data wykonania: |
24.02.2025 07:49:47 |
| Ogniskowa: |
8.67mm |
|
|
|
|
|

|