
To zdjęcie zostało automatycznie zmniejszone. Kliknij na obraz aby zobaczyć w pełnej rozdzielczości (1800x1174).
| Opis: |
10.02.2025. Ostatni na Łotwie TEP70-230 przybył do Estonii, aby przekazać wagon-laboratorium Kolejom Estońskim. W tle widać estoński TEP70 oraz sam wagon-laboratorium. Z tego wagonu korzystają oba kraje.
Kilka miesięcy później TEP70-230 został wycofany z eksploatacji, a pod koniec 2025 roku pocięty na złom. Tak zakończyła się era tych lokomotyw spalinowych na Łotwie.
---------------
Pierwszy rozdział: https://wrphoto.eu/details.php?image_id=60242
Poprzedni rozdział: https://wrphoto.eu/details.php?image_id=60982
Wszystkie imiona i wydarzenia w utworze są fikcyjne - wszelkie podobieństwa do rzeczywistych osób i zdarzeń są przypadkowe.
---------------
**Rozdział 9. Mazur**
Muhammad miał rację. Już następnego ranka przyszli po mnie i, zadając klasyczne pytanie: „Nie rozumiem, co ty tu właściwie robisz?”, wyprowadzili mnie na dyżurkę.
Okazało się, że tak pospieszne przeniesienie mnie do celi ze skazanymi było błędem, podobnie jak całkowity brak procedur biurokratycznych. Dlatego natychmiast wysłano mnie do lekarza, na badanie.
Gabinet lekarski, jak wszystkie pozostałe, nie grzeszył wystrojem wnętrza. To znaczy był praktycznie pusty. Przyjęła mnie kobieta przypominająca stereotypową pielęgniarkę z prowincjonalnej przychodni.
– Będziemy pobierać krew na HIV? – zapytała.
– Nie.
– Są jakieś skargi zdrowotne? Alergie, omdlenia, problemy z oddychaniem?
– Mam alergię na zimno.
– Mhm, rozumiem. - Szybko coś nabazgrała w dużym zeszycie. - Możesz iść.
– Proszę poczekać, a morfologii krwi to może chociaż nie zrobicie?
– A po co? Teraz przecież żadnych skarg nie masz? Ty w ogóle skąd się taki wziąłeś? Akcent wyraźnie nie stąd. Jak do nas trafiłeś?
– A jak, sfotografowałem pociąg.
– Szpiegostwo, tak? Na długo.
– Co tam długo? No rok może. Każdy przecież zrozumie, że to bzdura, wyjaśnią.
Sarkastycznie pokiwała głową.
– Tak, tak, tak, wszyscy tak mówią. Myślisz, że kogoś interesuje, co ty tam robiłeś? Skoro już trafiłeś, to już nie wyjdziesz. Tym bardziej... Dobra, idź już, nie zatrzymuj.
– Chce pani powiedzieć, że sfabrykują mi sprawę? – postanowiłem zapytać wprost.
– A ty niby tego nie wiesz. Mówię, nie zatrzymuj, mam jeszcze stu takich jak ty.
Po badaniu zostało najważniejsze - wizyta u głównego operacyjnego, czyli „opera”. Szef części operacyjnej rozmawia z tobą, patrzy, co z ciebie za człowiek, czy będziesz współpracował z administracją, czy pójdziesz w zaparte i będziesz jeździł po „ładowniach”. Z jakim typem ludzi dasz radę siedzieć, a z jakiej celi będziesz się wyrywał. Na podstawie tego wszystkiego decyduje, do jakiej celi cię zakwaterować.
W więzieniu wszystko kręci się wokół czekania. Oczywiście wizyta u opera nie mogła być wyjątkiem. Zamknięto mnie w boksie z kilkoma innymi zekami, którzy też czekali.
Boks to niewielkie pudło, zwykle około pięciu metrów kwadratowych, gdzie stoją dwie ławki, kibel i czasem kosz przy wejściu, żeby wrzucać tam pety. Właśnie w takich boksikach, spędzając całe godziny na czekaniu na cokolwiek, można znaleźć niespodziewanie użyteczne znajomości i zdobyć sakralną wiedzę oraz mądrości więziennego życia.
W środku były już trzy osoby: dwóch łysych chłopaków, którzy o czymś cicho rozmawiali między sobą, i jeden cichy, z czarnymi, smolistymi włosami, który odsunął się trochę dalej od reszty.
Usiadłem między nimi.
– Za co wjechałeś? – zapytał łysy siedzący bliżej mnie.
– Z osiemdziesiątego piątego.
– A to co?
– Szpiegostwo. A ty za co?
– A, chujnia, bójka – odpowiedział, szybko stracił zainteresowanie i wrócił do rozmowy z kolegą.
– A ty za co? – zainteresowałem się chłopakiem o smolistych włosach.
– Sto siedemnasty – odpowiedział cicho, prawie niesłyszalnie.
Od razu poczułem, jak ktoś z tyłu ciągnie mnie ręką.
– Słysz, słysz, z nim lepiej nie gadaj. On dwóch meneli spalił, pojebany, kompletnie odklejony! Nie pchaj się do niego! – dobiegł z tyłu pospieszny szept.
Przez jakieś pięć minut siedziałem w milczeniu. Chłopak, który spalił dwóch bezdomnych, jakoś niezręcznie i boleśnie zerkał w moją stronę, najwyraźniej chcąc zagadać.
Zgodnie z prawami wszechświata drzwi zgrzytnęły, wszedł konwojent i zabrał dwóch łysych. Zostaliśmy we dwóch.
– A ciebie, ciebie jak nazywają? – zapytał mnie.
– Ee, Dima.
– Martin – wyciągnął do mnie rękę.
– No... Dobra.
Spojrzał na mnie uważnie.
– Ale ja przecież nie zrobiłem tego ot tak, rozumiesz?
– Pewnie.
Od jego spojrzenia zrobiło mi się nieswojo. Nie, to nie było stereotypowe spojrzenie maniaka. Ale jednak, biorąc pod uwagę okoliczności, zapamiętałem je na długo. I mimo wszystko wydało mi się, że było w nim coś obcego, szklanego.
Wtedy jasno zrozumiałem: teraz albo nigdy.
– To, eee, jakie były powody? Tak tylko pytam, jeśli nie masz nic przeciwko.
– Były powody.
– No jakie?
– A ty sam nie zrobiłbyś tego samego?
– No nie...
– Ja też bym nie zrobił. Znowu...
Po prostu przemilczałem. W boksie zawisła cisza, odwróciłem się do ściany. Oby tylko nie trafić z takim do jednej chaty...
Nie wiem, ile minęło czasu, ale drzwi w końcu zgrzytnęły i zaprowadzono mnie do kolejnego
nijakiego gabinetu.
Za biurkiem siedział, stosownie do gabinetu, nijaki człowiek w szarym mundurze.
– Pawluk? – zapytał, nie odrywając wzroku od monitora.
– Tak.
– Szpieg?
– Nie.
– Szpiegu, wiesz, co dawniej robiono z takimi jak ty?
– Już mi mówili.
– Prawidłowo. Jak ci u nas? Podoba się?
– Kwestia gustu.
Odwrócił się od monitora i spojrzał na mnie.
– Tak? A co jest? Pluskwy pogryzły?
Odruchowo potarłem pogryzione przez pluskwy ręce.
– Towarzystwo takie sobie. „Mistrza i Małgorzatę” puścili na papier toaletowy.
– Nie cwaniakuj – uciął. – Ty w ogóle rozumiesz, w jakie gówno mogę cię wrzucić?
– Tak.
– Mhm, no to co powiesz? Masz jakieś pomysły, z kim chciałbyś siedzieć? Może z kim nie chcesz? Palisz?
– Wie pan, najważniejsze, żebym nie siedział z takim jak ten, kurwa...
– Martin?
– Tak, właśnie. Chciałbym z kimś normalnym.
– No z takim jak Martin i tak na pewno nie trafisz. Oni wszyscy siedzą osobno.
– No to specjalnych preferencji nie mam. Z kimś adekwatnym by... A tak to nie palę.
– Adekwatnym... – uśmiechnął się. – Jest cela dla niepalących, siedzi tam twój krajan. Ale na razie pełna, czekają na etap. Z czasem może cię tam przerzucimy.
Znów odwrócił się do komputera.
– A co ty tam właściwie takiego nafotografowałeś?
– Pociągi, i tyle.
– No za pociągi byś tutaj nie wjechał. Coś jeszcze musiało być?
– Nic nie było. Ale fotografowałem pociągi podejrzanie, przyznaję.
– No to sobie posiedzisz. Pomyślisz nad tym, jak u nas fotografować pociągi.
Korytarz międzycelowy albo, jak go tu nazywają, „prodol”, przywitał mnie wilgotnym powietrzem, pomalowanymi na szaro ścianami i ciężkimi, dwuwarstwowymi drzwiami cel: z zewnętrznej strony ciężkie drzwi bez otworów, a od wewnątrz zwykłe kratowane drzwi na zasuwę, z otworem do podawania jedzenia.
Z jednych takich drzwi, gdzieś w oddali, przebijał się czyjś upiorny, dźwięczny śmiech. W połączeniu z migającymi tu i tam lampami obraz wyraźnie układał się w jakąś karną psychiatrię dla szczególnie odklejonych. Złapałem się na myśli, że jeśli ten człowiek ma ksywę, to na pewno Joker.
Zresztą sprawdzenie tego okazało się łatwiejsze, niż się spodziewałem. Prowadzono mnie właśnie tam.
Od pierwszego spojrzenia było jasne, że cela jest podzielona na dwie części, między którymi, najwyraźniej, było napięcie. Sama chata była siedmioosobowa, ale było w niej tylko pięć osób.
„Jokerem” okazał się gruby Białorusin z lewej strony celi. Obok niego siedział Gleb, znany też jako Marynarz. Wszystko wskazywało na to, że to on tu rządzi, choć prawa część celi wyraźnie nie była z tego do końca zadowolona. Tam, po prawej, było trzech ludzi: dwóch, jak tu mówią, „na sporcie” - Mazur i Broda, oraz trzeci - Vitalik-Turek, który był bardziej Turkiem niż Vitalikiem i zupełnie nie pasował do ogólnej atmosfery, jakby nie należał do żadnej z grupek.
Usiadłem w kącie, przy Jokerze i Glebie.
Zaczął się standardowy wywiad: kim jestem, skąd, jak trafiłem, jak żyłem i tak dalej. Prawdziwe przesłuchanie, choć zdążyłem już przyswoić, że kiedy pytań robi się zbyt dużo, można zadawać kontrpytania: „W jakim celu się interesujesz?”, „A ty przypadkiem nie jesteś mentem?”.
Tak naprawdę każdy szanujący się zek jest świetnym psychologiem. Nawet z najbardziej, zdawałoby się, pośrednich i niepowiązanych pytań dowie się o tobie wszystkiego, czego potrzebuje.
I oto, po pomyślnym przejściu rozmowy kwalifikacyjnej, zaparzono mi herbatę, dano ciastka i zaproponowano papierosa. Krótko mówiąc, wszystko jak u ludzi.
Przez cały czas rozmowy ciągle łapałem na sobie wzrok Mazura. Siedział przy stole, podwinąwszy pod siebie jedną nogę. Średniego wzrostu, żylasty, o wąskiej twarzy i krótkich ciemnych włosach. Z wyglądu - nic szczególnego. Gdybym spotkał takiego na ulicy, nie zapamiętałbym. Ale tutaj od razu przyciągał wzrok.
Wreszcie, kiedy na chwilę w celi zawisła cisza, przysunął się bliżej i odezwał:
– Młody, co ty, pociągi fotografowałeś, a gołych bab nie?
Głos miał niezbyt głośny, kpiący, jakby nie zadawał pytań, tylko opowiadał wybitny dowcip.
– Gdybym fotografował, to bym nie wjechał.
– Jasne. To co ty naprawdę tam fotografowałeś?
– To, co powiedziałem, to fotografowałem.
– Sieczkę ciśniesz, jakoś się to w ogóle nie klei.
– A co, pokazać ci moją sprawę?
– No pokaż – ledwie zauważalnie się uśmiechnął.
– A masz zwyczaj oglądać cudze papiery?
– Mam zwyczaj rozumieć, z kim siedzę przy stole.
– Nie rozumiem, sugerujesz coś?
– No pomyśl, jaki masz paragraf.
Choć nie zostało to powiedziane na głos, wyraźnie sugerował „sukę”. Tak w więzieniu nazywają ludzi, którzy współpracują z administracją albo z mentami. To jeden z najcięższych grzechów w więziennym świecie na obszarze postradzieckim. Tacy ludzie siedzą osobno, a za ludzi tutaj się ich nie uważa.
– To co, będziesz wierzył słowom mentów? Że jestem szpiegiem? Czy moim?
Gleb cicho postawił kubek na stole.
– Mazur, nie ciśnij.
– Ja nie cisnę. Nowi ludzie, trzeba się dowiedzieć. Może szczęście nam przyniósł.
– Albo biedę – powiedział Broda, nie patrząc.
Mazur obrzydliwie się uśmiechnął, znów odwrócił się do mnie i kontynuował:
– Na pewno nie twoim.
Za drzwiami rozległy się kroki. Drzwi się otworzyły i do celi wszedł jeszcze jeden człowiek.
Był wysoki, szczupły, wyraźnie nie z tego środowiska. W jednej ręce miał ogromny tobół, w drugiej stale wyślizgujący się materac.
– Dzień dobry? Jestem Robert.
– Co tak stoisz, podjeżdżaj tutaj – wskazano mu stół.
I znowu herbata, wypytywanie. I oto Robert, jeszcze godzinę wcześniej niepewny siebie, już gadał jak najęty, niemal bratając się ze wszystkimi w chacie.
– A wy, chłopaki, ćwiczycie tu coś?
– No tak, na spacerniaku czasem, podciągam się, o! – powiedział Mazur, pokazując Robertowi pęcherze na dłoniach.
– To ja mam ze sobą rękawiczki, zaraz! – radośnie wykrzyknął.
Robert wsunął ręce do kieszeni, a potem sięgnął przez stół i podał mu parę czarnych skórzanych rękawiczek.
– Sztos! Bracie, z serca, serio.
Robert ledwie zauważalnie wyprostował ramiona.
Broda mieszał świeżo zaparzoną herbatę.
– Tylko z ciastkami nie przesadzaj – powiedział. – Do sklepu jeszcze pięć dni.
– Ja trochę tylko – zakrzątnął się Robert. – Ja w ogóle mało jem... Zwłaszcza kiedy nowa sytuacja.
– Nie denerwuj się, co ty – powiedział Mazur. – Tu wszyscy swoi.
Robert kiwnął głową. Jadł szybko, ale starał się udawać, że jest spokojny. Choć trudno było nie zauważyć, jak drżały mu ręce.
– A ty sam skąd? – zapytał Broda, niby mimochodem.
– Stąd, z Północnego.
– Aha, znamy, znamy.
– Wy, jakby co, nie myślcie, że ja tam jakiś mętny jestem. Ja jestem normalny. No i wy też normalni przecież, też pewnie za jakąś chujnię usiedliście, nie?
Nie odpowiedzieli mu.
– A co, masz adwokata?
– Mam, oczywiście, już się nawet z nim spotkałem.
– Tak? No co ty? Dopiero z kwarantanny podniesiony, a już z adwokatem gadałeś?
– No, no ja jeszcze przed tym...
– To co on ci mówił? Że tu wszyscy tacy straszni, źli, że nikomu nic nie wolno opowiadać, tak? – Mazur podniósł na niego wzrok.
– No oni zawsze tak mówią, a ja co mam ukrywać?
– I słusznie. Kiedy nie ma się czego ukrywać, łatwiej się żyje.
– Właśnie! – ożywił się Robert. – Właśnie o to chodzi. A oni i tak kręcą. Im tylko chodzi o to, żeby sprawę zamknąć.
– Jedz. Pewnie się denerwowałeś, nic nie jadłeś przez ostatnie dni? U wszystkich tak jest. Nic, tu też ludzie.
– Dzięki.
– To kto cię w końcu wrobił? Chłopy?
– Jakie chłopy... – Robert się skrzywił. – Baba, oczywiście.
– Baba-pokrzywdzona, to kaplica, wiadomo. To za co ona na ciebie zawiadomienie napisała?
– Za nic. Najważniejsze, że teraz ja jestem winny!
– Była?
– Nie do końca była. Tam skomplikowane.
– No opowiadaj, czasu mamy dużo – Mazur uśmiechnął się nieszczerze.
– Żenić się chciałeś? – zapytał Broda.
– Jakie żenić – Robert się roześmiał. – Gdzie tam... Żenić.
– No chociaż normalna?
– Jakbyś zobaczył, to byś oszalał.
– Ta, bratku, myślisz, że ty jeden taki tutaj? Ja miałem taką... Uhh...
Mazur marzycielsko spojrzał w sufit.
Robert radośnie pokiwał głową.
– No, kurwa... Ale taka nartopizda merkantylna, zaczęła mnie kręcić! Tak po prostu, z niczego! No ja oczywiście przy takim układzie ją posłałem. Myślałem, no co ona mi zrobi? I wtedy się zaczęło! Bracie, menty, szkoła... – nagle urwał.
Cela gwałtownie się zmieniła. Zawisła grobowa cisza.
– Nie w tym sensie szkoła. Autoszkoła, tam, krótko mówiąc...
W ciągu kilku sekund jego skóra dosłownie zapłonęła.
Mazur powoli wstał.
– Daleko się wybierasz? – cicho zapytał Mazur.
Robert zrozumiał, że sam już stoi na nogach i powoli wychodzi zza ławki. Odsunął się od stołu, zahaczył nogą o swój tobół, odwrócił się i dosłownie skoczył do drzwi.
Od stołu do drzwi było nie więcej niż trzy metry, ale Robert nie zdążył wyhamować i wpadł w nie barkiem. Potem zaczął gorączkowo grzechotać zasuwą, uderzając nią o kratę wewnętrznych drzwi.
Mazur i Broda stanęli obok Roberta.
Rozległy się kroki, w drzwiach zadźwięczał zamek. W półotwarte drzwi niezadowolony wpłynął dyżurny.
– No co?
Robert próbował coś powiedzieć, ale przez panikę nie potrafił zebrać słów do kupy.
– Pomyłka u was, pasażer nie nasz – zupełnie zwyczajnie stwierdził Mazur.
Dyżurny spojrzał na Roberta i od razu otworzył drzwi. Ten, korzystając z sytuacji, wyślizgnął się na prodol, ale natychmiast został złapany przez drugiego, stojącego za drzwiami korytarzowego.
– Dokąd? Rzeczy dawaj.
Robert, trochę ośmielony taką grupą wsparcia, powoli wszedł do celi, chwycił materac, na wpół pusty tobół i zniknął za plecami pierwszego dyżurnego. Drzwi się zatrzasnęły.
– Kurwa, kogo oni tu wrzucili. Na bank obaj tacy sami – niezadowolony i wściekły Mazur syknął, łypiąc na mnie.
– Oho, a ja co mam z tym wspólnego? Czemu mnie do niego doklejasz?
– A co tu doklejać? – Mazur zrobił krok bliżej. – Sam się dokleiłeś.
– Co ja mam z nim wspólnego?
– Na razie nie wiem.
– No to pilnuj słów. Z jakiej racji znowu rzucasz mi jakieś zarzuty? – nie wytrzymałem.
– Zarzuty? Młody, pilnuj bazaru. Dociągnąć tego nie będziesz w stanie.
Z tymi słowami Mazur i Broda poszli na swoją stronę stołu. Ja usiadłem z Jokerem i Glebiem.
– Słuchaj, młody, jeśli coś masz, powiedz od razu. Mówię serio. I tak wszystko wyjdzie, jeśli coś jest – powiedział Gleb.
– Ty też? – rzuciłem spojrzenie na Jokera, na próżno szukając wsparcia. – Przecież wam powiedziałem, że u mnie wszystko normalnie. Skąd wy to w ogóle wzięliście? Jestem do niego podobny? – kiwnąłem w stronę drzwi.
– Nie kipiszuj, po prostu zapytałem na wszelki wypadek. Mówię, jeśli chcesz z nami jeść, to musi być do ciebie zaufanie.
– Słuchaj, jeśli mi nie wierzysz, to się nie pchaj. Jeśli uważasz, że ja jestem ten...
Joker zaniósł się swoim zwyczajowym rechotem, łapiąc niezadowolone spojrzenie Brody.
Mimowolnie się uśmiechnąłem.
– Laa, ale młodego dociążyli. Dopiero wjechał, a już go określają. Noormalnie – zachichotał.
– Nikt nikogo nie określa – wyraźnie rozluźniony odpowiedział Gleb.
– No a tamten nie próbuje mnie przypadkiem ubrać? Czy ja czegoś nie rozumiem? – przeszedłem na półszept-półwibracje.
– Dużo rzeczy nie rozumiesz. Z nim w ogóle lepiej się nie wiązać – poważnie odpowiedział Joker.
– Ale jak się nie wiązać? Przecież widzisz, że przy najmniejszym pretekście próbuje mi coś przyczepić.
– No a ty co, sam go przecież drażnisz.
– A ja mam to wszystko znosić? Może jeszcze mam mu teraz rękę podać? – powiedziałem, przypominając sobie pouczenia z poprzedniej chaty.
– Teraz już za późno. Ale nic, czas pokaże. Jak będzie całkiem ciężko, można będzie wynieść sprawę do patrzącego.
Napięcie wyraźnie opadło. Dosiedliśmy się z Turkiem i oto wraz z herbatą na stole pojawił się tryktrak z chlebowymi kostkami i pionkami. W więzieniu zakazane są wszelkie gry hazardowe, ale czy można zabronić zekowi tryktraka i kart?
Czas zaczął płynąć szybciej. Nie minął nawet dzień, a już całkiem blisko rozmawiałem z Jokerem i Glebiem, zacząłem urządzać swój kąt. Cela stopniowo przestawała wydawać się celą. Pojawiły się w niej własne trasy, własne miejsca, własne przyzwyczajenia.
Teraz już wyraźniej widziałem, jak silny jest podział w celi. Mimo dystansu kilku metrów prawie nigdy nie rozmawiałem z Mazurem i nawet na niego nie patrzyłem. On też próbował udawać, że mnie w chacie nie ma, ale czasem mimo wszystko puszczał w moją stronę komentarze w rodzaju:
– A jak ci paczki z rosyjskiej ambasady będą przychodzić? Jej przypadkiem nie zamknęli?
Już nie odpowiadałem. Prowokacje stały się bardziej bezpośrednie i toporne. Teraz nawet się nie starał. W końcu przestałem zwracać na niego uwagę.
W pewnym momencie złapałem nawet dziwne poczucie bezpieczeństwa i kontroli. Jakbym nie był w więzieniu, tylko w jakimś przedziale albo plackarcie, gdzie wszyscy od dawna jadą nie wiadomo po co i dokąd. Ktoś chrapie, ktoś opowiada bajdy, ktoś kroi chleb, ktoś się kłóci. Ciasno, zadymione, niewygodnie, ale jakby już wiadomo, jak żyć. I nawet jakoś swojsko, czy coś. Nie bez powodu zarówno w więziennym, jak i podwórkowym żargonie ludzi często nazywa się „pasażerami”.
I jeśli na minutę zapomnieć, gdzie się znajdujesz, łatwo można było uwierzyć, że najgorsze jest już za tobą. Ale to było najniebezpieczniejsze uczucie ze wszystkich. Bo w tym przedziale drzwi otwierały się od zewnątrz. No i zatrząść też mogło porządnie. Byle tylko nie spaść z półki. |
| Słowa kluczowe: |
Zima, Łotwa, Estonia, TEP70, TEP70-230, LDZ, Valga |
| Data: |
14.05.2026 17:10 |
| Wyświetleń: |
723 |
| Wielkość pliku: |
1.6 MB | 1800x1174 px |
| Dodał: |
Lev Pavliuk 96 |
|
| Producent: |
DJI |
| Model: |
FC9184 |
| Czas ekspozycji: |
1/100 sec(s) |
| Wartość przysłony: |
F/2.8 |
| Czułość ISO: |
100 |
| Data wykonania: |
10.02.2025 15:25:54 |
| Ogniskowa: |
19.35mm |
|
| Komentarze |
Lev Pavliuk 96
14.05.2026 17:39
|
Spotkanie estońskiego i łotewskiego TEP70 na kilka minut przed tym kadrem. Wyjątkowy moment, który na zawsze przeszedł do historii.
|
|
Kospal
14.05.2026 22:07
|
Piękny widok. Ciekawe maszyny. Szkoda że ich ubywa.. |
|
KRosiak
16.05.2026 20:19
|
Spędziłem trochę czasu w Valdze w 2011-2012 roku. Ten wagon pomiarowy to wydaje mi sie, ze stacjonował na stacji w Valdze mam go na fotach. To był fajny czas chodziłem sobie na Łotewską stronę wzdłuż torów robiąc zdjęcia wszystkiemu i nie pytany o nic. Raz chyba gdzieś pod Valgą pogranicznicy zaczepili ale jak się dowiedzieli, że to takie hobby to pokręcili głową i pojechali dalej. |
|
|
|
|
|
|