
|

To zdjęcie zostało automatycznie zmniejszone. Kliknij na obraz aby zobaczyć w pełnej rozdzielczości (1800x1148).
Rozdział 3. Więzienna poczta, cela i inne przyjemnoś
|
| Opis: |
19.02.2025, regularny pociąg pasażerski Alūksne - Gulbene z TУ7А-2997
---------
Pierwszy rozdział: https://wrphoto.eu/details.php?image_id=60242
Poprzedni rozdział: https://wrphoto.eu/details.php?image_id=60295
---------
9 marca 2025 roku
Ech, drogi…
Wysłałem wiadomość do Metta. Muszę przyznać: to zajęcie jest naprawdę przedziwnie wciągające. Wprowadziłbym to jako osobną dyscyplinę sportową - „przekazywanie intelektu na sznurku w warunkach ograniczonego metrażu”. Fundusz nagród mógłby obejmować tryktraka i szachy z chleba, wykonane przez finalistów równoległego turnieju. Krótko mówiąc, warto to opisać.
Żeby przesłać karteczkę do innej celi, trzeba najpierw nawiązać kontakt z sąsiadem. Najczęściej odbywa się to po zewnętrznej ścianie, przez przerzucenie sznurka przez okno. Sznurek wygląda zwyczajnie, ale robi się go ręcznie. Są oczywiście też metody egzotyczne - przekaz przez potrawczika (balandiora) albo wykorzystanie toalety z kanalizacją jako ekspresowej firmy kurierskiej.
Żeby wywołać sąsiada, trzeba „zadzwonić”. Jeśli jest za ścianą - proste: stukasz pięścią. Jeśli piętro wyżej lub niżej - bierzesz łyżkę i wystukujesz kod na kaloryferze. Każde piętro ma swój. Ja jestem na czwartym. Żeby wezwać piąty, trzeba wystukać: 1-2-3-4-5, a trzeci: 1-2-3, 1-2-3. Potem trzeba wspiąć się na parapet i przygotować do przekazu.
Mój pierwszy raz był pionowo w górę.
Wskoczyłem na kaloryfer pod oknem z karteczką w dłoni i poczułem lekki dreszcz i jakiś absurdalny zapał.
– Tak! - od razu padło z góry.
– Siema! - odpowiadam.
Połączenie mentalne nawiązane, czas zrobić fizyczne.
– Daj drogę! - krzyczę.
Komenda standardowa. Jest też bardziej arystokratyczna, archaiczna wersja: „Czy nie raczysz podać konia, mój panie”. Ale do takiego poziomu jeszcze nie dorosłem.
Z zewnątrz wpada do okna sznurek, na końcu więzienna tubka pasty do zębów pełniąca rolę ciężarka. Sznurek nazywają tu koniem, a cały system - drogą. Wciągam część sznurka do siebie i przywiązuję karteczkę.
– Dawaj, pójdziemy - znaczy, że ładunek przywiązany. Odbierający ciągnie.
– W domu! - paczka odebrana. Formuła bez większych wariantów, dom, słodki dom.
Dalej karteczka wędruje od okna do okna. Żeby doszła, trzeba napisać adres: X.T. - od słowa H(Х)aTa, numer hаty i imię odbiorcy. Jeśli imienia nie podasz, paczka jest wspólna i otworzy ją starszy w celi.
Poziomo system wygląda nieco inaczej. Gdy ktoś zarzuca ci konia, musisz wsunąć w kratę trzonek od mopa. Sąsiad z kolei próbuje naslepo zarzucić sznurek w stronę adresata, celując w trzonek. Zwykle kontakt udaje się za pierwszym-trzecim razem.
Drogi mamy, adresy mamy. Zostało napisać, co kryje się za tą X.T.
To moja czwarta w życiu i trzecia w Ryskim Centralnym. Wygląda na to, że zabawię tu dłużej.
Cela trzyosobowa, „trójniak”. Powierzchnia około 6-8 metrów kwadratowych. Ściany obdrapane, miejscami pomazane, miejscami jakby w stylu „postsowiecki ekspresjonizm”. Wygląda to, jakby anonimowy artysta próbował wyrazić depresję przy pomocy grzyba i pleśni.
Wyposażenie standardowe, urzędowe. Naprzeciw wejścia stoi stół. Po prawej - jednopoziomowa prycza i toaleta, bardziej znana jako para sza. Po lewej - łóżko piętrowe, moje miejsce - górne. Przy wezgłowiu - okno. Z okna widok na wagonownię, budynki administracyjne, pierwszy korpus, a jeśli wygiąć szyję w prawo - ryską wieżę telewizyjną. Krótko mówiąc, rozrywki są.
Przy wejściu jedyna szafka. A raczej wielka skrzynia z przegródkami. Na ścianie kalendarz, pod nim plan bloku, a pod planem menu pisane ręcznie, zdublowane po rosyjsku i po łotewsku.
Mieszkam z dwoma sąsiadami.
Sasza, Ukrainiec, około trzydziestki. Siedzi dziewięć miesięcy za podejrzenie nielegalnego pobytu na Łotwie. Podejrzewa się, że miał zamiar wejść w narkobiznes. Zamiar, jak wiadomo, rzecz ulotna. Policja bada sprawę, dotąd bez skutku.
Władimir, Łotysz, około pięćdziesiątki. Skazany na 2,5 roku za pijacką awanturę i pobicie policjanta.
Niewiele ich łączy, poza jedną błogosławioną cechą - obaj nie palą. Dlatego zamiast duszącego, wszechobecnego smrodu papierosów w celi unosi się nieco bardziej „naturalny” miks: zapach gówna, wilgoci i, jak się zdaje, myszy, która skonała gdzieś za okładziną.
Niemniej jednak, wszystko to pachnie bardziej swojsko i „wolnościowo”. Zapisuję na plus.
Między sobą nie rozmawiają z powodów osobistych.
Ze mną też nie, przynajmniej gdy jesteśmy we trzech (nie licząc pluskiew). Ale gdy jeden gdzieś wychodzi, drugi nagle odzyskuje głos.
Rzadko się to zdarza, bo wychodzić nie ma kto, a już na pewno nie samemu. „Spacer” przysługuje godzinę dziennie. A spacerniak to dość ponure miejsce: zamknięte, całkowicie puste betonowe pudło pięć na cztery metry. We trzech to jeszcze ujdzie, ale gdy cela ma osiem osób, to taki spacer przypomina bardziej ryskie szprotki.
Najbardziej przytłacza mnie kratowane niebo. W więzieniu niebo zawsze jest w kratkę, reżim nie przewiduje miejsc, gdzie można patrzeć na coś nie splamionego systemem penitencjarnym.
Jeszcze jedną formą aktywności są telefony. Dziesięć minut tygodniowo łącznie, podzielone na dwie sesje. Choć z nimi miałem osobną epopeję, zapiszę później. No i oczywiście prysznic - dwa razy w tygodniu. Jak na więzienne normy całkiem nieźle. Też chodzimy wszyscy razem. W zasadzie praktycznie 24/7 jestem nierozłączny z moimi towarzyszami. Stąd to przytłaczające milczenie. Najdłuższe zanotowane przeze mnie - dwa dni. Ostatnie dwa dni nadal trwają w milczeniu.
Cela to tylko jedna komórka tego kamiennego ula. Żeby zrozumieć, jak tu wszystko działa, trzeba wyjrzeć przez okno (na razie tylko myślami) i spojrzeć na cały korpus.
Nasz blok nr 3 to pięciopiętrowy, podłużny budynek około siedemdziesięciu metrów długości, zbudowany za cara Grocha. Za cara o bardziej konkretnym imieniu obito go metalem, przez co zyskał groźniejszy wygląd i właściwość potwornego nagrzewania się latem. Na każdym piętrze jest około 30-35 cel. W środku klatka schodowa i pomieszczenia służbowe. Matthias siedzi po drugiej stronie bloku, ale okna mamy w jednej linii. Najważniejsze - przepchnąć paczkę przez pas rozdzielający. Mam nadzieję, że droga tam działa.
Działa stabilnie, jak twierdzą miejscowi - lepiej niż poczta państwowa. Choć widziałem i wpadki: niedawno na spacerze zobaczyłem, jak przy przekazie zerwała się paczka z drogą herbatą. Strażnik udał, że nie widzi, jak wsuwam ją pod ubranie.
Jak każda szanująca się organizacja, poczta ma stałe godziny pracy: 17:00-23:00. Otwiera się po drugiej kontroli i kolacji. Ta kończy się zwykle około 16:40-17:00. Jeśli sprawa jest pilna, państwowej wagi, istnieje „ładunek wojenny”. Zgodnie ze starą tradycją oznacza się go swastyką obok numeru CH(Х)aTy. Biorąc pod uwagę, jak głęboko sięgają te tradycje, nie zdziwiłbym się, gdyby zwyczaj powstał jeszcze u dawnych Słowian.
Jeśli dostałeś ładunek wojenny - przekaż dalej, natychmiast. Jeśli zatrzymasz bez powodu, główni na piętrze (swojakom znani jako „smotryaszczije”) wezwą cię do porządku. Oni tu rządzą i mieszkają w Х.Т. 514 na piątym. Wszystkie drogi prowadzą tam.
Oni też witają nowicjuszy. Pakiet powitalny Ryszanina - paczka tytoniu, paczka herbaty, ciastka. Taką paczkę z kartką powitalną nowy dostaje zwykle w ciągu pierwszych dni. Smotryaszczije wiedzą o każdym, kto trafia, i o ich rozmieszczeniu. Zarządzają większością spraw.
Kto za to płaci? Obszczak - wspólny budżet bloku. Można go uzupełnić, wysyłając paczkę do 512, później wszystko idzie do potrzebujących. Ryska komuna.
Kraść tu nie wypada. Kraść od swoich to jeden z najcięższych grzechów więziennych.
Ogólnie to uproszczony model państwa: są wspólne zasoby, jest dystrybucja, są podatki (dobrowolne), jest nadzór. I jest spis ludności.
Mimo że smotryaszczije wiedzą niby wszystko, po bloku od czasu do czasu krąży „prógon”. Trzeba zapisać skład celi na karteczkę i wysłać głównemu. Podaje się imię, nazwisko, wiek, artykuł i kraj pochodzenia.
Jest też prezydent - główny smotryaszczij więzienia, cela 100. Jak go wybierają - nie wiem. Wiem za to, że kontroluje lokalnych i pilnuje, by nie było samowoli. Każdemu więźniowi zakłada się portfolio. Informacje zbiera się różnymi metodami, ale opiera się to głównie na opinii kompetentnych ludzi o tym, jak ktoś się zachowuje. Dopóki człowiek jest w systemie penitencjarnym Łotwy, gromadzi się o nim sporo danych, i przy przeniesieniu do łagru czy innego więzienia ta informacja idzie za nim. W nowym miejscu przyjmą go zgodnie z jego statusem.
Dlatego główną walutą nie są papierosy, ale właśnie reputacja. Stracisz - straciłeś wszystko. Przy bardzo niskiej reputacji dostajesz nowy status: czort, pietuch, fufel i inne, zależnie od powodu upadku. Istnienie takich ludzi staje się koszmarem, grozi licznymi obrażeniami, fizycznymi i moralnymi. To najniższa kasta, mają szczególny status, aż prosi się o analogię z „nietykalnymi”. Istnieje cały kodeks dotyczący obchodzenia się z nimi. Warto byłoby zebrać materiał do pracy naukowej: „Foton pietuszy i inne stany kwantowe postsowieckiego systemu penitencjarnego”. Temat ciekawy, kopnę głębiej. Wszystko to ma długi, historyczny rodowód. Dobrze byłoby odświeżyć historię, zanim usiądę do tak monumentalnego dzieła.
Książki mamy. Większość po łotewsku. Są gazety po rosyjsku, ale wolałbym patrzeć w łaciński alfabet i obserwować wyścigi pluskiew.
Jednak jest jedna książka po rosyjsku - prawdziwy skarb: tom Puszkina „Tom 8. Proza autobiograficzna i historyczna”, wydanie 1951. Z serii „Pełne wydanie dzieł Puszkina w 10 tomach”. W stanie idealnym. Do niedawna służyła jako podstawka pod „traktor” - domowy podgrzewacz z miedzianego przewodu i drzazgi wyrwanej z nieszczęsnego stołu. Moment zamiany Puszkina na dwie łotewskie książki dał mi poczucie, jakbym był Indianą Jonesem.
Lektura okazała się zajmująca, mimo sporej liczby archaizmów. Oczywiście, to nie Dostojewski, ale i tu można znaleźć pewne odpowiedzi na to, jak do tego doszliśmy. Robi się niedobrze.
Chyba trochę zboczyłem z tematu. Kilka godzin temu miała to być krótka notatka o pierwszym doświadczeniu z drogą. A tu się znalazłem na dwudziestej szóstej stronie, choć zaczynałem na dziewiętnastej.
W sumie nic dziwnego.
Puste ściany, przygniatająca atmosfera zamkniętej przestrzeni - wszystko to sprzyja pogrążaniu się w sobie i potokowi świadomości.
Czasem wstanę się rozprostować, a potem łapię się na tym, że już od czterech godzin chodzę tam i z powrotem, całkowicie zatopiony w myślach, omiatam wzrokiem te ściany. Ściany, które nie znikają nawet wtedy, gdy zamkniesz oczy. |
| Słowa kluczowe: |
TU7, TU7A, ТУ7А-2994, TU7A-2994, Gulbene, Aluksne, osobowy, Lotwa, kolej wąskotorowa |
| Data: |
27.11.2025 16:45 |
| Wyświetleń: |
1329 |
| Wielkość pliku: |
1.9 MB | 1800x1148 px |
| Dodał: |
Lev Pavliuk 96 |
|
| Producent: |
DJI |
| Model: |
FC9113 |
| Czas ekspozycji: |
1/4000 sec(s) |
| Wartość przysłony: |
F/1.8 |
| Czułość ISO: |
100 |
| Data wykonania: |
19.02.2025 15:55:40 |
| Ogniskowa: |
8.67mm |
|
| Komentarze |
Lev Pavliuk 96
27.11.2025 16:54
|
Kilka ilustracji:
na pierwszym zdjęciu widać, jak wygląda karteczka na sznurku. Karteczka na zdjęciu jest oryginalna, jedna z wielu, które otrzymałem.
Na drugim i trzecim zdjęciu znajduje się orientacyjna ilustracja celi. Niestety nie znalazłem żadnej, która byłaby naprawdę podobna do mojej. Moja była czymś pośrodku.


|
|
Kasper Jan Kwiatkowski
30.11.2025 20:03
|
Przeżycia tragiczne ale opis świetny. Wkońcu miałem chwilę żeby dobrze się na tym skoncentrować i wczuć w ten klimat. |
|
|
|
|
|
|
|

|