
|

To zdjęcie zostało automatycznie zmniejszone. Kliknij na obraz aby zobaczyć w pełnej rozdzielczości (1800x1155).
Rozdział 2. Estonia, pierwsze zatrzymanie
|
| Opis: |
12.02.2025. Pociąg z łupkami bitumicznymi z TEM18-0193
Poprzedni rozdział: https://wrphoto.eu/details.php?image_id=60242
--------
Mieliśmy przy sobie: dwie kamery, trzy drony, pięć telefonów, jeden dysk twardy w połowie wypełniony zdjęciami z poprzednich wyjazdów, kamerę leśną i całe mnóstwo kart pamięci wszelkiego rodzaju. Nie był to może niezbędny ekwipunek na zwykłą podróż, ale kiedy już zaczynasz gromadzić informacje o infrastrukturze krytycznej, trudno się zatrzymać.
Jedyna rzecz, która budziła we mnie niepokój, to fotopułapka. Nie ma nic bardziej podejrzanego, nieodpowiedzialnego i niezrozumiałego niż fotopułapka ustawiona z widokiem na tory kolejowe w odludnym lesie. Wiedziałem, że prędzej czy później i po tę cholerę sięgniemy.
--------
Planowanie zaczęło się jeszcze w grudniu.
Wyraźnie brakowało mi zdjęć zimy. A że postanowiłem zrobić kalendarz - trzeba było tę lukę wypełnić.
Wybór regionu był prosty: Bałtyk.
Taniej niż góry Szwajcarii czy Skandynawii, bardziej śnieżnie niż na Bałkanach w lutym, a do tego stabilniej niż we wszystkich pozostałych wariantach razem wziętych. No i w regionie miałem starego znajomego z samochodem, więc można było oszczędzić na noclegach.
Poza tym - tabor.
Krajobrazy w krajach bałtyckich są tak monotonne, że aż bolesne, ale szeroki tor 1520 daje możliwość fotografowania pociągów normalnej długości, a nie pociętych na trzydziestowagonowe ochłapy. A długi pociąg to i kompozycja, i perspektywa.
Do tego Łotwa z każdym rokiem traci swoje stare diesle, a intensywność ruchu oraz poziom szpiegomanii rosną równolegle. Obawiałem się, że wkrótce znikną całkowicie. A poziom szpiegomanii stanie się krytyczny. Uprzedzając fakty — odlecieliśmy na całego.
Biorąc to wszystko pod uwagę, Bałtyk stał się oczywistym wyborem — zwłaszcza że do tego czasu byłem już oficjalnym pilotem drona. Miałem twardy zamiar: zrobić najlepsze zimowe zdjęcia kolejowe całej Bałtyki.
Do Estonii przyleciałem 8 lutego - dokładnie w tym dniu, gdy państwa bałtyckie zostały odłączone od rosyjskiej sieci elektroenergetycznej.
Timing - gorszy być nie mógł.
Ale wyjazd był opłacony, daty ustalone: 08–26. Za późno na zmiany.
Do 12 lutego wszystko szło gładko.
A potem nadszedł dzień dwunasty…
Tego dnia polowaliśmy na pociągi Enefit z łupkami bitumicznymi. Polowanie się udało. I udało nam się także wyjść z „strefy strachu i nienawiści” - pięćdziesięciokilometrowego pasa od granicy Rosji - i ruszyć na zachód.
W Estonii, ogólnie rzecz biorąc, nie ma problemu z fotografowaniem kolei. Kolej państwowa wręcz to wspiera.
Ale machać dronami tuż przy granicy - tego i tak nie chcieliśmy.
Przejeżdżając przez Rakvere, popełniłem błąd fatalny: zobaczyłem pociąg kontenerowy z C36 na czele, i to jeszcze z żółtymi kontenerami.
W kraju, w którym średnio kursuje około 0,5 pełnowartościowego pociągu towarowego dziennie.
Oczywiście, nasze zainteresowanie z Mettiase m zapłonęło natychmiast.
Noc, niskie chmury, drzewa w szronie, miasto podświetlające niebo — warunki idealne.
Znaleźliśmy miejsca:
ja - na wzgórzu przy torach,
Mett — na moście drogowym jakieś 200 metrów dalej.
Po dwudziestu minutach z krzaków wyjechał wojskowy jeep.
Potem drugi. Oczywiście, jakżeby inaczej.
Chłopaki - dzielni żołnierze, jakieś dwadzieścia pięć lat.
Siedziałem pod zboczem, wojskowi mnie nie widzieli, ale uciec niezauważonym było niemożliwe.
Sytuacja delikatna.
Trzeba było wybrać:
ukryć aparat i wymknąć się mijając ich z miną „Jak dojść do biblioteki?”,
albo wyjść otwarcie, przedstawić się, wyjaśnić, co robię, i zapytać, czy nie mają nic przeciwko, jeśli cyknę zdjęcie stąd - tym bardziej że za pięć minut miał przejeżdżać pasażerski, więc brzmiałoby to wiarygodnie.
Propaganda Mettiasa o „bezpiecznej dla fotografów Estonii” zrobiła swoje.
Wybrałem opcję drugą.
Wojskowi zareagowali spokojnie. Nawet nie poprosili o dokumenty. Poprosili tylko, by ich nie fotografować.
Przyznam, uspokoiło mnie to.
Pociąg pasażerski pojawił się na czas.
A Metti as zrobił zdjęcie - całkiem niezłe — poza tym, że znalazły się na nim oba wojskowe wozy i sami żołnierze.
„Później okazało się, że za lasem (też ujętym na zdjęciu Metta) znajdowała się jakaś podstacja, o której oczywiście obaj nie mieliśmy pojęcia. Zwłaszcza nocą.”
- Ten fragment pochodzi z przyszłości, już po więzieniu.
Dalej ruszyła reakcja łańcuchowa:
Uprzejmie przyjechała policja, uprzejmie sprawdziła dokumenty, uprzejmie zaprosiła na wycieczkę na komisariat.
Nie zapomnieli wielokrotnie podkreślić, że to nie jest zatrzymanie.
Wsadzono mnie do policyjnego busa, który był wypełniony ludźmi w mundurach i z bronią. Wydawali się nie w naszej sprawie — na moje pojawienie się nie zareagowali w ogóle. Ale było ich tylu, że musiałem usiąść na klatce dla psa.
W środku siedział owczarek.
Nie protestowałem. Ona też nie. Zdecydowanie lepsze to niż cela dla więźniów, znajdująca się za moimi plecami. A i tak się jeszcze w takich nacieszę, więc nie ma sensu przyspieszać wydarzeń.
Przesłuchanie było spokojne: kim jesteście, co robicie, po co tutaj, i tak dalej.
Wkrótce jednak wyszły na jaw dwie rzeczy:
Fotografowanie pociągów - zero problemu, są tego pewni.
Ale że fotografowaliśmy wyłącznie pociągi — tego już pewni nie byli.
I jeszcze jeden niuans: lokalni policjanci nie mieli prawa oglądać naszych zdjęć.
„To kompetencje działu IT” - oznajmili.
A informatycy -ludzie zajęci.
– Ile czekać?
– No… tydzień, może dwa — odpowiedział flegmatycznie starszy policjant.
Na moment pokój przesłuchań zamienił się w targ. Po ostrych negocjacjach obiecali sprawdzić sprzęt następnego dnia i wysłać email.
Tak więc, bez kamer, dronów, telefonów, ale za to z nową porcją zapewnień, że to nie jest zatrzymanie i jesteśmy całkowicie wolni, wróciliśmy.
Aha, telefonów miałem dwa - na wypadek nieprzewidzianych sytuacji.
Ale takiej nieprzewidzianej sytuacji jakoś nie przewidziałem.
Po dwóch dniach, nie doczekawszy się maila, pojechaliśmy po rzeczy.
Okazały się dwie nowe prawdy:
– Nasze rzeczy są w ogóle w innym mieście.
– A piątek podszedł niepostrzeżenie. Do poniedziałku nikt nic nie obejrzy.
Z poczuciem urażonej estońską biurokracją godności kupiłem nowy telefon. Metti as też gdzieś znalazł stary. Tak więc zrobiło się pięć telefonów.
Sześć dni chodziłem po estońskich lasach.
Zima była bajeczna - nie żałuję niczego.
18 lutego oddali nam rzeczy i dołożyli porcję przeprosin.
„Żadnych naruszeń, wszystko w porządku.”
Ulga była wyczuwalna — wydawało się, że najgorsze za nami.
Pomyliłem się. Ale gdzie?
Następnego dnia ruszyliśmy na Łotwę. Wąskotorówka w Gulbene wyglądała obiecująco.
Logika była prosta:
nie poszczęściło się w Estonii - poszczęści się na Łotwie.
Ale fakt, że szczęście to wartość względna - nie został uwzględniony.
Oczywiście teraz, w wilgotnej celi, wydaje się, że była to decyzja błędna. Jasne, z perspektywy czasu wszyscy jesteśmy mądrzy.
Tylko jeśli spojrzeć trzeźwo: co niby mieliśmy zrobić?
Łazić resztę wyjazdu po estońskich lasach?
Zostać i fotografować tylko w Estonii?
Odwołać cały wyjazd przez przypadkowe zatrzymanie, które - bądźmy szczerzy - nie było nawet szczególnie zaskakujące?
Pytanie retoryczne.
Co wiedziałem o Łotwie 18 lutego?
W 2023 byłem tam już raz. Bardzo udanie.
Problemy były - ale niepoważne.
Kulminacją był moment, gdy w Krustpils policja zastała mnie w najbardziej szpiegowskiej pozycji - z aparatem na nocnej stacji. Ale rozmowa była przyjazna. Wręcz przesadnie.
Zapewnili, że poza stacją mogę robić, co chcę - choćby obwiesić cały las fotopułapkami i rozbić namiot w wykopie, prowadząc nieprzerwany ostrzał fotograficzny 24/7.
A na stacjach lepiej nie fotografować. Problem nie leżał w prawie, tylko w hiper-czujności ochrony i tak swojskim „syndromie portiera”.
Co tu dużo mówić - ochrona „LDZ Apsardze” od dawna jest lokalnym memem wśród miłośników kolei.
Po tej historii ufałem, że policja to sprzymierzeniec.
Metti as natomiast miał doświadczenie odwrotne - raz już go zatrzymano i dano mu jakieś ostrzeżenie o zakazie fotografowania (do dziś nie wiadomo właściwie, o co).
Dowiedziałem się o tym dopiero w pokoju przesłuchań w Jełgawie - od mojego pierwszego śledczego.
Krótko mówiąc, wiedziałem, że region jest niespokojny.
Ale byłem przekonany: jeśli unikać stacji, ludzi i nie pchać się pod oczy, nic złego się nie stanie. A nawet jeśli sprawa trafi do policji - staną po mojej stronie i konflikt się rozejdzie.
Cóż poradzić - takie już jest ludzkie stworzenie.
Zawsze chce wierzyć w najlepsze. |
| Słowa kluczowe: |
TEM18, TEM18-193 Estonia, towarowy, zima, zdjęcie miesiąca |
| Data: |
20.11.2025 15:28 |
| Wyświetleń: |
1781 |
| Wielkość pliku: |
1.6 MB | 1800x1155 px |
| Dodał: |
Lev Pavliuk 96 |
|
|
Dalej »
|
|
 |
|

|
|
| Producent: |
DJI |
| Model: |
FC9113 |
| Czas ekspozycji: |
1/640 sec(s) |
| Wartość przysłony: |
F/1.8 |
| Czułość ISO: |
100 |
| Data wykonania: |
12.02.2025 15:28:34 |
| Ogniskowa: |
8.67mm |
|
| Komentarze |
rs
22.11.2025 11:54
|
Historia budzi wyobraźnię. Obecna sytuacja geopolityczna będzie raczej sprzyjać takim sytuacjom, więc chyba trzeba się po prostu zacząć przyzwyczajać niestety. A perspektyw na szybki powrót do tego, czego doświadczaliśmy w poprzednich latach chyba za bardzo nie widać. |
|
Kospal
22.11.2025 22:04
|
Zjawiskowe ujęcie. Ciekawa historia. Normalnie nic tylko książkę napisać |
|
Lev Pavliuk 96
22.11.2025 22:36
|
@rs Powiedziałbym, że to, co wydarzyło się tego dnia, było całkiem sprawiedliwe - nie należało fotografować wojska
@Kospal, Dziękuję! „Książka” jest już napisana, a dalej będzie tylko ciekawiej :) |
|
|
|
|
|
|
|

|